Pages - Menu

poniedziałek, 27 lipca 2026

Niby jest, ale jakby jej nie było

Wydawnictwo: Albus
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 88

To jest jedna z tych książek, które niby są dla dzieci, ale tak naprawdę uderzają w dorosłych. Czytasz i czujesz, że autorka nie moralizuje i nie owija w bawełnę, tylko mówi z czułością o rzeczach trudnych i nieuniknionych - o starzeniu się, o chorobie, o odpowiedzialności. 

Historia skupia się na Nutce, której życie zaczyna się zmieniać, gdy jej babcia zachowuje się coraz bardziej niezwykle. I zanim Nutka zdąży to zrozumieć, znika jej młodsza siostra. Wtedy też pojawia się tajemnicza Zielona Dziewczynka - postać trochę magiczna, trochę symboliczna, która prowadzi bohaterki przez świat wspomnień i pomaga odkrywać to, co zostało zapomniane.

Książka jest czuła, ale nie słodka. Autorka w bardzo delikatny sposób porusza trudny temat choroby Alzheimera (której nikt nie nazywa wprost, ale której objawy są czytelne dla dorosłego odbiorcy), pokazując, że dotyka ona nie tylko osoby, która zmaga się z utratą pamięci, ale także całą rodzinę. Podobało mi się, że ta historia nie straszy, ale oswaja - pokazuje znaczenie cierpliwości, rozmowy i zwykłej obecności drugiego człowieka.

Największe wrażenie zrobiła na mnie atmosfera tej opowieści - niby ciężka, a jednak czuła i lekka. Jest tutaj trochę magii, dużo czułości i sporo emocji. To książka, która przypomina, że nawet kiedy ktoś zaczyna zapominać, nadal pozostaje tą samą bliską osobą, którą kochamy. Tym, co wybrzmiewa najbardziej jest myśl... że czasem najtrudniejsze rzeczy dzieją się w zwykłe dni, w zwykłe popołudnia, które nagle stają się „tym popołudniem, którego nie było”.

piątek, 24 lipca 2026

Echo dawnej miłości

Wydawnictwo: We need YA
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 440

Lato, by Cię odzyskać... nie jest złą książką, ale też nie zostawia nic, co by człowieka na dłużej zatrzymało. Romans jak romans: dawna miłość, włoskie tło, trochę nostalgii, trochę niedopowiedzeń. Wszystko poprawne, ale nic nie wybrzmiewa. Ot, takie czytało. I tyle.

Książka opowiada historię Jasmine, która wyjeżdża na ślub przyjaciół. Wśród zaproszonych gości znajduje się Andréa - jej pierwsza i najważniejsza miłość. Ich ponowne spotkanie nie jest wielkim dramatem ani fajerwerkami - raczej takim cichym, nieco niekomfortowym drgnięciem, które przypomina, że pewne emocje wcale nie znikają, tylko czekają, aż znów się na nie natkniesz. 

Już od początku czułam, w którą stronę to wszystko pójdzie i nic po drodze mnie nie zaskoczyło. Czytałam, przewracałam strony, ale brakowało mi tego momentu, który naprawdę przyciąga uwagę i sprawia, że człowiek chce zostać w historii trochę dłużej. Bohaterowie niby nie są źli, ale nie udało mi się złapać z nimi większej więzi. Nie kibicowałam im - raczej obserwowałam z dystansu. Niby coś między nimi iskrzyło, niby pojawiały się uczucia, ale ja nie poczułam tej chemii i napięcia, które powinny wybrzmieć w romansie. Ich relacja jest bardziej opowiedziana niż przeżyta.

To jest książka, którą można przeczytać na wakacjach, na plaży, w pociągu - i nie mieć poczucia straconego czasu. Ale też nie mieć poczucia, że się przeżyło coś fajnego. Po prostu: przeczytane, odłożone, koniec.

niedziela, 5 lipca 2026

Codzienność, która stała się narzędziem

Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 576

Słońce świeci dla Hitlera to książka, która wchodzi głęboko pod skórę... ale nie krzykiem i drastycznymi opisami, tylko chłodnym i metodycznym pokazaniem, jak zwykłe życie - krok po kroku -może zostać opanowane przez totalitaryzm. Bendikowski nie opowiada o wojnie, tylko o tym, co działo się obok niej: w kuchniach, szkołach, na podwórkach, w klubach sportowych, w rodzinnych rozmowach... po prostu - w codziennych sprawach.

Autor układa tę książkę jak warstwowy przekrój życia w III Rzeszy. Każda część odsłania inną sferę codzienności - taką, która na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajna, ale pod spodem jest już całkowicie uformowana przez państwo. Propaganda nie wchodzi tu z hukiem. Ona raczej wsiąka w tło, w rutynę, w drobne gesty i nawyki. Państwo przesuwa granice prywatności powoli, niemal niezauważalnie. To, co osobiste, zaczyna być oceniane, kształtowane, a czasem po prostu zawłaszczane. W pewnym momencie trudno już odróżnić, gdzie kończy się własny wybór, a gdzie zaczyna narzucony porządek.

Najbardziej niepokojące jest to, że ta przemiana nie ma jednego momentu „przełomu”. Ona dzieje się zwyczajnie, w rytmie dni. Aż w końcu ta „normalność” okazuje się czymś całkowicie uformowanym przez ideologię - tak bardzo, że przestaje się ją w ogóle zauważać.

Książka działa jak zimny prysznic. Bendikowski nie moralizuje, nie krzyczy - po prostu pokazuje fakty, a one same w sobie są wystarczająco przerażające. Najmocniejsze jest to, że nie opisuje potworów, tylko zwykłych ludzi, którzy krok po kroku oswajali zło, aż stało się ono tłem ich życia. Czyta się to z rosnącym dyskomfortem, bo autor nieustannie przypomina, że totalitaryzm nie zaczyna się od obozów - zaczyna się od codzienności.

wtorek, 16 czerwca 2026

Maria... nie legenda

Wydawnictwo: Lind&Co
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 43

To książka, którą czyta się tak, jakby ktoś uchylił drzwi do cudzego domu - nie po to, by podglądać, ale by zrozumieć, jak wygląda codzienność kogoś, kogo znamy tylko z pomników, nazw ulic i szkolnych podręczników.

Eve Curie nie pisze o matce jak o legendzie. Pisze o niej jak o kobiecie z krwi i kości: upartej, cichej, skupionej, czasem surowej, a jednocześnie delikatnej w sposób, którego nie widać na żadnym z tych słynnych zdjęć, gdzie patrzy w obiektyw z powagą człowieka, który wie, że niesie na barkach coś większego niż własne życie.

To nie jest biografia naukowa. To opowieść córki, która próbuje zrozumieć matkę, choć ta zawsze była trochę nieobecna - nie z braku miłości, ale z powodu pracy, która pochłaniała ją bez reszty. Nie idealizuje jej na siłę... W książce czuć mieszaninę podziwu i tęsknoty: dziecko, które patrzy na matkę jak na zjawisko, i dorosła kobieta, która dopiero po latach widzi cenę, jaką Maria płaciła za swoje odkrycia.

Książka nie jest przesadnie patetyczna, nie próbuje budować mitu. Wręcz przeciwnie - rozbraja go, pokazując, że za wielkością stoi samotność, zmęczenie, upór i ogromna, cicha siła. Czytając, ma się wrażenie, że Eve Curie nie tyle pisze o matce, ile próbuje ją ocalić przed zapomnieniem w tej najbardziej ludzkiej wersji: nie jako ikonę nauki, ale jako osobę, która kochała, bała się, walczyła i czasem po prostu chciała odpocząć.

niedziela, 14 czerwca 2026

Miała porwać, a tylko przepłynęła obok

Wydawnictwo: Literackie    
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 520

Isola była dla mnie obietnicą czegoś wielkiego - samotność na wyspie, dramat... kobieta rzucona na pastwę losu. I ja naprawdę chciałam w to wejść. Chciałam czuć sól na skórze, strach, desperację... tę surowość, która aż powinna ciąć po palcach. A dostałam historię, która zamiast wciągać, po prostu… przepływała obok. 

Przez większą część lektury czekałam, aż w końcu wydarzy się coś, co mnie zaangażuje. Niestety, zamiast rosnącego napięcia dostawałam kolejne opisy i rozważania, które mnie nużyły. Kilka razy odkładałam książkę na bok i nie miałam większej potrzeby do niej wracać. A to dla mnie zawsze znak, że coś nie zagrało.

Książka opowiada o Marguerite de la Rocque, młodej Francuzce, która wbrew oczekiwaniom swojego opiekuna, zakochuje się w niewłaściwej osobie. Kara jest okrutna - zostaje porzucona na bezludnej wyspie u wybrzeży Kanady. Brzmi jak początek historii, od której nie da się oderwać, prawda? Niestety, w praktyce wszystko to wypada dużo mniej intensywnie. Przez większość książki zwyczajnie się nudziłam. Akcja toczy się powoli, a wiele scen wydaje się niepotrzebnie rozwleczonych. Co gorsza, nie potrafiłam zbliżyć się do bohaterów. Obserwowałam ich losy z boku, bez większych emocji i zaangażowania.

Doceniam historyczne tło i fakt, że autorka sięgnęła po mało znaną, autentyczną historię. Sama Marguerite naprawdę ma w sobie coś magnetycznego - jej upór i siła robią wrażenie. Tylko że mimo tego wszystkiego, książka zwyczajnie mnie zmęczyła.

Widać, że autorka włożyła dużo pracy w odtworzenie realiów epoki. Mam jednak wrażenie, że większe emocje wzbudziło we mnie przeczytanie krótkiego opisu prawdziwych wydarzeń niż kilkaset stron samej książki. 

wtorek, 26 maja 2026

Między przeszłością a teraźniejszością

Wydawnictwo: Dobre Strony
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 382

Dom przy starym młynie to książka z takim spokojnym, trochę nostalgicznym klimatem, ale jednocześnie pełna trudnych emocji i rodzinnych tajemnic. Poznajemy tu losy bohaterów na tle II wojny światowej i tego, co zostaje  w ludziach jeszcze przez wiele lat po jej zakończeniu. W książce jest sporo emocji związanych z rodziną, stratą, miłością i próbą odnalezienia prawdy o przeszłości.

Autorka prowadzi opowieść dwutorowo, co nadaje jej ciekawy rytm i pozwala spojrzeć na wydarzenia z dwóch zupełnie różnych perspektyw. W pierwszym planie śledzimy losy rodzin Mikulskich i Derlatków w latach 1939-1947 - ich codzienną walkę o przetrwanie, dramaty, które spadają na nich nagle, oraz małe chwile normalności, które próbują ocalić mimo wojny. W drugim planie pojawia się współczesność, a dokładniej - Weronika, wnuczka Halinki, która wraca do Zwolenia i próbuje zrozumieć, co tak naprawdę przeżyli jej bliscy. To zestawienie przeszłości i teraźniejszości działa bardzo dobrze, bo pokazuje, jak mocno dawne wydarzenia potrafią wrosnąć w rodzinę - nawet wtedy, gdy nikt o nich głośno nie mówi. Przeszłość nie znika, tylko cicho przenika do kolejnych pokoleń, wpływając na ich wybory, emocje i sposób patrzenia na świat. Dzięki temu historia nabiera dodatkowej głębi i staje się czymś więcej niż tylko opowieścią o wojnie - staje się opowieścią o pamięci, dziedziczeniu i próbie zrozumienia własnych korzeni.

Książka jest naprawdę ciekawa i poruszająca. Widać, że została oparta na prawdziwych wspomnieniach i rodzinnych historiach, co nadaje jej autentyczności i takiej zwyczajnej, ludzkiej prawdy. Bohaterowie nie są wyidealizowani - to ludzie z krwi i kości, ze swoimi lękami, słabościami i małymi radościami. Dzięki temu łatwo się z nimi zżyć, przeżywać ich dramaty i kibicować im w chwilach, gdy świat wali im się na głowę.

Jednocześnie trudno nie zauważyć, że niektóre wątki aż proszą się o rozwinięcie. Najbardziej rzuca się w oczy historia Stanisława - zostaje wywieziony, ale właściwie nie dowiadujemy się, dokąd trafił ani jak wyglądała jego codzienność na wywózce. Tego mi tutaj zabrakło... 

No i te błędy… Niestety jest ich kilka. Literówki, drobne potknięcia językowe, czasem nieścisłości - nic, co zrujnowałoby lekturę, ale na tyle widoczne, że momentami potrafią wybić z rytmu. 

piątek, 15 maja 2026

Emocje zginęły w chaosie

Wydawnictwo: RM    
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 400

To nie jest klasyczna literatura obozowa, tylko zapis rozmów autorki z bohaterką - coś pomiędzy wywiadem a biografią. Tak w skrócie - fabuła opiera się na relacji Elli Blumenthal - kobiety, która przechodzi przez warszawskie getto, Majdanek, Auschwitz i Bergen-Belsen, a po wojnie próbuje ułożyć życie od nowa. Brzmi jak materiał na mocne świadectwo, prawda? Ale... na mnie to nie zadziałało. 

Przy tak ciężkim temacie oczekuje się czegoś, co zostaje w człowieku na długo - jakiegoś pęknięcia w środku, momentów ciszy po lekturze czy bolesnej refleksji. Tutaj tego nie ma. Po prostu... Narracja jest poszarpana, momentami niezwykle chaotyczna. Zdecydowanie b
rakuje tu intensywności, która zwykle sprawia, że świadectwa ocalonych zostają w człowieku na długo. Przez to całość nie buduje napięcia ani nie daje poczucia „zanurzenia się” w historii - raczej przesuwa się przed oczami, trochę obok czytelnika.

Największy problem pojawia się wtedy, gdy ma się już za sobą sporo podobnych książek. Ta pozycja po prostu nie wnosi nic nowego, nie odkrywa innej perspektywy, nie zatrzymuje na dłużej przy żadnym fragmencie. Emocje są tu obecne, ale bardziej opowiedziane niż faktycznie odczuwalne.

No dobra, ale żeby nie było, że tak wszystko na nie... to nie jest książka zła w sensie intencji - temat jest ogromny i sam w sobie zawsze ma znaczenie. Ella straciła wszystko, całą rodzinę i cały swój uporządkowany świat. I to jest ważne. Ale jako całość, ta książka po prostu wypada płasko. I jeśli jej nie przeczytasz, zbyt wiele nie stracisz.

Zamiast "uderzenia"... zostało zmęczenie.

sobota, 2 maja 2026

Bez kroku do przodu...

Wydawnictwo: Stara Szkoła
Rok wydania: 2025  
Liczba stron: 180

Książka W rany (będąca kontynuacją bestsellerowych Wronzostawiła we mnie sporo emocji, ale niestety nie takich, jakich się spodziewałam. I nawet nie chodzi o to, że liczyłam, że Basia przeżyje - bardziej wierzyłam w oczyszczenie i naprawienie błędów... w pogłębienie historii i jakieś nowe spojrzenie na relacje rodzinne. Niestety historia znów prowadzi nas przez te same emocje i napięcia. Znów utknęliśmy w tym samym domu i w tych samych ranach.

Fabuła ponownie krąży wokół trudnej relacji matki i córki, tylko miejsce Basi zajęła Kasia. To właśnie ona staje się narratorką i przewodniczką po świecie, w którym dziecko musi radzić sobie z emocjonalną przemocą, chłodem i brakiem zrozumienia. Jej perspektywa jest przejmująca, ale… znajoma. Zbyt znajoma. Mamy tu właściwie tę samą historię, co we Wronach, te same mechanizmy przemocy i tę samą bezsilność dziecka wobec dorosłych, którzy powinni chronić, a ranią. 

Opis książki podkreśla, że autorka „ponownie przygląda się złu za drzwiami pozornie bezpiecznych domów” - i to prawda. Jednak dla mnie to „ponownie” stało się problemem. Liczyłam na rozwój, na to, że matka - po wszystkim, co wydarzyło się w pierwszym tomie - choć w minimalnym stopniu zrozumie swój błąd. Że pojawi się refleksja, jakaś rysa, która pozwoli zobaczyć w niej człowieka, nie tylko oprawcę. Tymczasem jej postać jest tu jeszcze bardziej zamknięta, jeszcze bardziej okrutna, jeszcze bardziej niezdolna do zmiany.

W rany to książka mocna, bolesna i dobrze napisana, ale jako kontynuacja Wron nie daje niczego, co pozwoliłoby spojrzeć na tę rodzinę inaczej. Nie ma tu ani rozwoju bohaterów, ani próby przełamania schematu, ani choćby śladu nadziei, że zło można zatrzymać.

sobota, 25 kwietnia 2026

Ocalona pamięć Biety

Wydawnictwo: Lira    
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 192

Cudowna łyżeczka jest opowieścią inspirowaną prawdziwym życiem Biety, czyli Elżbiety Ficowskiej, która jako niemowlę została uratowana z warszawskiego getta. Jej życie od samego początku naznaczone było wojną i niebezpieczeństwem. Miała zaledwie pół roku, gdy potajemnie wyniesiono ją na aryjską stronę i powierzono opiece Stanisławy Bussold - kobiety, która otoczyła ją troską, czułością i miłością. To właśnie dzięki niej dziewczynka mogła dorastać w świecie, który - choć nadal był pełen lęku i niepewności, to jednak dawał jej szansę na normalne dzieciństwo i względne poczucie bezpieczeństwa.

Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię w niezwykle oryginalny sposób, czyniąc jednym z głównych bohaterów… tytułową cudowną łyżeczkę. To właśnie ona, jako część rodzinnego kompletu, trafia wraz z rodziną Rochmanów do getta i staje się cichym świadkiem wydarzeń, które w dramatyczny sposób zmieniają losy ludzi. Później, wraz z maleńką Elżunią, opuszcza getto, niosąc w sobie pamięć o tych, którzy nie mogli wyjść z niego żywi. Od tej chwili łyżeczka staje się nie tylko pamiątką po utraconym świecie, lecz także symbolem ocalenia - drobnym przedmiotem, który przetrwał dzięki ludzkiej odwadze i miłości. Towarzyszy dziewczynce w nowym życiu, łącząc przeszłość z teraźniejszością.

To, co doceniam tutaj najmocniej, to sposób opowiadania - spokojny i wyważony, a jednocześnie czuły i pozbawiony epatowania okrucieństwem. Autor nie ucieka od trudnych tematów, ale przedstawia je w sposób, który pozwala młodszemu czytelnikowi je zrozumieć i oswoić, a dorosłemu dostrzec ukryte między słowami emocje i moralne dylematy. Dzięki temu książka nie przytłacza, lecz skłania do refleksji. Do zadawania pytań...

Dla mnie... to książka o pamięci, która nie krzyczy, ale cicho trwa - w ludziach, przedmiotach i opowieściach, które warto ocalić. Pokazuje, że nawet najmniejsze rzeczy mogą nieść ogromne znaczenie i stać się mostem między przeszłością a teraźniejszością.

czwartek, 23 kwietnia 2026

Głosy, których nie chciano słyszeć

Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 200

Nie byłam przygotowana na to, jak bardzo ta książka mnie uderzy... i to nie tylko jako historia, ale jako emocja. To mocna, poruszająca, ale absolutnie potrzebna książka, którą powinno się przeczytać, nawet jeśli tak mocno boli. Bo historia to nie tylko daty i wielkie wydarzenia, ale przede wszystkim ludzie i ich doświadczenia - często przemilczane.

Zieleniak nie jest kolejną opowieścią o wojnie, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Tutaj nie ma upiększania, patosu ani bohaterskich legend. Jest za to chaos, bezsilność oraz surowa i bolesna prawda o wydarzeniach z sierpnia 1944 roku, kiedy na warszawskiej Ochocie - na terenie hali targowej przy ulicy Grójeckiej - powstał obóz przejściowy Zieleniak. Przez to miejsce - otoczone murem, pilnowane przez żołnierzy SS RONA - przeszło kilkadziesiąt tysięcy, wypędzonych z domów, cywilów.

Anna Augustyniak oddaje głos tym, które przez dekady były pomijane w oficjalnej narracji - kobietom, młodym dziewczynom, a nawet... małym dziewczynkom - ofiarom niewyobrażalnie brutalnych gwałtów, tortur i upokorzeń, jakich doświadczały na Zieleniaku (i nie tylko). Ich historie tworzą przejmujący obraz rzeczywistości, w której jedno spojrzenie czy ładna sukienka, może stać się wyrokiem, a przetrwanie zależy wyłącznie od przypadku, sprytu albo zwykłego szczęścia... Jednocześnie, gdzieś między tym wszystkim, pojawia się człowieczeństwo - drobne gesty, odruchy troski, cicha solidarność. Ten kontrast robi ogromne wrażenie.

Czytając... miałam momenty, kiedy musiałam odłożyć książkę. Nie dlatego, że jest źle napisana - wręcz przeciwnie. Styl jest bardzo dobry, wręcz hipnotyzujący. Problem w tym, że to, o czym czytamy, jest po prostu trudne do udźwignięcia. Strach, upokorzenie, walka o przetrwanie, a przede wszystkim niewyobrażalna przemoc - to wszystko uderza z ogromną siłą. Uderza i zostaje.

Pani Anno, dziękuję za tę książkę. Dziękuję, że podjęła się Pani opisać... nieopisywalne. Dzięki Pani te historie w końcu wybrzmiały - zostały ocalone od zapomnienia i dostały należne im miejsce w historii. Udokumentowała Pani traumę, a jednocześnie - przywróciła godność tym, którym ją odebrano.