Rok wydania: 2023
Liczba stron: 104
To powieść graficzna, która udowadnia, że nie potrzeba wielu słów ani dynamicznej akcji, żeby opowiedzieć historię pełną emocji. To spokojna, refleksyjna opowieść o rodzinie, wspomnieniach i przemijaniu, która zostawia czytelnika z wieloma przemyśleniami.
Fabuła skupia się na trójce rodzeństwa, które rok po śmierci ojca wraca do rodzinnego domu letniskowego. Ich plan wydaje się prosty - uporządkować wszystko i przygotować dom do sprzedaży. Z każdym kolejnym dniem okazuje się jednak, że nie jest to zwykłe sprzątanie. Każdy przedmiot, zakamarek czy drobna naprawa przywołują wspomnienia z dzieciństwa i sprawiają, że bohaterowie na nowo mierzą się z emocjami, których wcześniej nie potrafili nazwać. Dom staje się nie tylko miejscem, ale symbolem rodzinnych więzi i pamięci o bliskiej osobie.
Największą siłą tego komiksu jest jego prostota. Autor nie próbuje na siłę wzruszać ani szokować. Zamiast tego pokazuje zwyczajne sytuacje, które wielu czytelnikom mogą wydać się znajome. Dzięki temu łatwo odnaleźć w tej historii cząstkę własnych doświadczeń.
Czytając tę historię, miałam poczucie - choć trudno to czasem przyznać... że bardzo często nie doceniamy tych, którzy są obok nas. Dopiero gdy ich zabraknie, zaczynamy dostrzegać, jak wiele dla nas znaczyli i jak ogromny wpływ mieli na nasze życie. Bo przecież... aby stać się dla kogoś naprawdę ważną osobą, nie trzeba dokonywać wielkich rzeczy ani być super bohaterem. Wystarczy dawać drugiemu człowiekowi poczucie bezpieczeństwa, wolności i przestrzeni do bycia sobą. Takie gesty często wydają się zwyczajne, ale z perspektywy czasu okazują się tym, co pamięta się najmocniej.
To jedna z tych książek, które czyta się szybko, ale pamięta długo. Autorka wraca do historii łódzkiego obozu przy ulicy Przemysłowej - miejsca, które istniało naprawdę, choć przez lata pozostawało niemal niewidoczne w zbiorowej pamięci. Polen‑Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt (1942-1945) był tworem tak okrutnym, że trudno uwierzyć, iż powstał z myślą o najmłodszych. A jednak to właśnie tam trafiały dzieci: od sześciolatków po nastolatków. Czasem trafiały tu nawet niemowlęta.
Piątkowska opowiada ich historię w krótkich, prostych rozdziałach - tak, by młody czytelnik mógł unieść ciężar tematu, ale jednocześnie zrozumieć, jak wyglądało życie za drutami. Książka nie skupia się na jednym bohaterze, lecz pokazuje codzienność wielu dzieci, które trafiały do obozu za drobne przewinienia, dlatego że były sierotami, pochodziły z rodzin związanych z ruchem oporu albo po prostu znalazły się w niewłaściwym miejscu i czasie. Dzieci musiały zmagać się z głodem, brutalnym biciem, ciężką pracą, zimnem i nieustannym strachem. Chłopców kierowano przede wszystkim do prostowania igieł tkackich oraz wyplatania mat z wikliny, natomiast dziewczęta zmuszano do pracy w szwalni, kuchni oraz wykonywania innych obowiązków gospodarczych. Praca była obowiązkowa, a jej celem nie była nauka zawodu, lecz maksymalne wykorzystanie ich sił do pracy.
Autorka nie epatuje brutalnością, choć opisuje rzeczy niewyobrażalne. Jej język jest prosty, oszczędny, ale przez to jeszcze bardziej poruszający. Podczas czytania trudno uwierzyć, że takie rzeczy naprawdę wydarzyły się dzieciom.
To nie jest książka, która daje ukojenie - to książka, która daje pamięć. A pamięć jest tu najważniejsza.
To zbiór opowiadań, które łączy wspólny motyw: utraty domu, przymusowych przesiedleń i prób odnalezienia swojego miejsca po zakończeniu II wojny światowej. Każde opowiadanie jest jak osobna gałąź, ale wszystkie wyrastają z tego samego pnia: z potrzeby przetrwania, z tęsknoty za utraconym rytmem życia, z prób odnalezienia sensu w świecie, który nagle stał się obcy. Są tu Polacy przesiedleni z Kresów, Niemcy zmuszeni do opuszczenia rodzinnych domów oraz osoby próbujące zacząć wszystko od nowa na obcej ziemi.
Kruszewska nie skupia się na wielkich wydarzeniach historycznych, lecz pokazuje ich wpływ na zwykłych ludzi. Bohaterowie zmagają się z bólem po stracie bliskich, niepewnością jutra oraz tęsknotą za dawnym życiem i domem. Muszą nauczyć się żyć w miejscach, które nie są ich, jednocześnie próbując zapuścić nowe - trwałe korzenie. Tytułowe czereśnie stają się tutaj symbolem pamięci, przemijania i nadziei - podobnie jak drzewa, ludzie również potrzebują czasu, by zakorzenić się w nowym miejscu.
Kruszewska ma niezwykłą umiejętność pisania oszczędnie, a jednocześnie gęsto tu od emocji. Jej język jest prosty, ale pełen uroku. Narracja - delikatna, a jednak mocna. Trafiająca tam, gdzie powinna. I choć nie ma tu taniego wzruszenia, ani literackich fajerwerków, jest za to surowa prawda: o samotności, o pamięci i o próbach odbudowania siebie na nowo.
To jest jedna z tych książek, które niby są dla dzieci, ale tak naprawdę uderzają w dorosłych. Czytasz i czujesz, że autorka nie moralizuje i nie owija w bawełnę, tylko mówi z czułością o rzeczach trudnych i nieuniknionych - o starzeniu się, o chorobie, o odpowiedzialności.
Historia skupia się na Nutce, której życie zaczyna się zmieniać, gdy jej babcia zachowuje się coraz bardziej niezwykle. I zanim Nutka zdąży to zrozumieć, znika jej młodsza siostra. Wtedy też pojawia się tajemnicza Zielona Dziewczynka - postać trochę magiczna, trochę symboliczna, która prowadzi bohaterki przez świat wspomnień i pomaga odkrywać to, co zostało zapomniane.
Książka jest czuła, ale nie słodka. Autorka w bardzo delikatny sposób porusza trudny temat choroby Alzheimera (której nikt nie nazywa wprost, ale której objawy są czytelne dla dorosłego odbiorcy), pokazując, że dotyka ona nie tylko osoby, która zmaga się z utratą pamięci, ale także całą rodzinę. Podobało mi się, że ta historia nie straszy, ale oswaja - pokazuje znaczenie cierpliwości, rozmowy i zwykłej obecności drugiego człowieka.
Największe wrażenie zrobiła na mnie atmosfera tej opowieści - niby ciężka, a jednak czuła i lekka. Jest tutaj trochę magii, dużo czułości i sporo emocji. To książka, która przypomina, że nawet kiedy ktoś zaczyna zapominać, nadal pozostaje tą samą bliską osobą, którą kochamy. Tym, co wybrzmiewa najbardziej jest myśl... że czasem najtrudniejsze rzeczy dzieją się w zwykłe dni, w zwykłe popołudnia, które nagle stają się „tym popołudniem, którego nie było”.
Lato, by Cię odzyskać... nie jest złą książką, ale też nie zostawia nic, co by człowieka na dłużej zatrzymało. Romans jak romans: dawna miłość, włoskie tło, trochę nostalgii, trochę niedopowiedzeń. Wszystko poprawne, ale nic nie wybrzmiewa. Ot, takie czytało. I tyle.
Książka opowiada historię Jasmine, która wyjeżdża na ślub przyjaciół. Wśród zaproszonych gości znajduje się Andréa - jej pierwsza i najważniejsza miłość. Ich ponowne spotkanie nie jest wielkim dramatem ani fajerwerkami - raczej takim cichym, nieco niekomfortowym drgnięciem, które przypomina, że pewne emocje wcale nie znikają, tylko czekają, aż znów się na nie natkniesz.
Już od początku czułam, w którą stronę to wszystko pójdzie i nic po drodze mnie nie zaskoczyło. Czytałam, przewracałam strony, ale brakowało mi tego momentu, który naprawdę przyciąga uwagę i sprawia, że człowiek chce zostać w historii trochę dłużej. Bohaterowie niby nie są źli, ale nie udało mi się złapać z nimi większej więzi. Nie kibicowałam im - raczej obserwowałam z dystansu. Niby coś między nimi iskrzyło, niby pojawiały się uczucia, ale ja nie poczułam tej chemii i napięcia, które powinny wybrzmieć w romansie. Ich relacja jest bardziej opowiedziana niż przeżyta.
To jest książka, którą można przeczytać na wakacjach, na plaży, w pociągu - i nie mieć poczucia straconego czasu. Ale też nie mieć poczucia, że się przeżyło coś fajnego. Po prostu: przeczytane, odłożone, koniec.
Słońce świeci dla Hitlera to książka, która wchodzi głęboko pod skórę... ale nie krzykiem i drastycznymi opisami, tylko chłodnym i metodycznym pokazaniem, jak zwykłe życie - krok po kroku -może zostać opanowane przez totalitaryzm. Bendikowski nie opowiada o wojnie, tylko o tym, co działo się obok niej: w kuchniach, szkołach, na podwórkach, w klubach sportowych, w rodzinnych rozmowach... po prostu - w codziennych sprawach.
Autor układa tę książkę jak warstwowy przekrój życia w III Rzeszy. Każda część odsłania inną sferę codzienności - taką, która na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajna, ale pod spodem jest już całkowicie uformowana przez państwo. Propaganda nie wchodzi tu z hukiem. Ona raczej wsiąka w tło, w rutynę, w drobne gesty i nawyki. Państwo przesuwa granice prywatności powoli, niemal niezauważalnie. To, co osobiste, zaczyna być oceniane, kształtowane, a czasem po prostu zawłaszczane. W pewnym momencie trudno już odróżnić, gdzie kończy się własny wybór, a gdzie zaczyna narzucony porządek.
Najbardziej niepokojące jest to, że ta przemiana nie ma jednego momentu „przełomu”. Ona dzieje się zwyczajnie, w rytmie dni. Aż w końcu ta „normalność” okazuje się czymś całkowicie uformowanym przez ideologię - tak bardzo, że przestaje się ją w ogóle zauważać.
Książka działa jak zimny prysznic. Bendikowski nie moralizuje, nie krzyczy - po prostu pokazuje fakty, a one same w sobie są wystarczająco przerażające. Najmocniejsze jest to, że nie opisuje potworów, tylko zwykłych ludzi, którzy krok po kroku oswajali zło, aż stało się ono tłem ich życia. Czyta się to z rosnącym dyskomfortem, bo autor nieustannie przypomina, że totalitaryzm nie zaczyna się od obozów - zaczyna się od codzienności.
To książka, którą czyta się tak, jakby ktoś uchylił drzwi do cudzego domu - nie po to, by podglądać, ale by zrozumieć, jak wygląda codzienność kogoś, kogo znamy tylko z pomników, nazw ulic i szkolnych podręczników.
Eve Curie nie pisze o matce jak o legendzie. Pisze o niej jak o kobiecie z krwi i kości: upartej, cichej, skupionej, czasem surowej, a jednocześnie delikatnej w sposób, którego nie widać na żadnym z tych słynnych zdjęć, gdzie patrzy w obiektyw z powagą człowieka, który wie, że niesie na barkach coś większego niż własne życie.
To nie jest biografia naukowa. To opowieść córki, która próbuje zrozumieć matkę, choć ta zawsze była trochę nieobecna - nie z braku miłości, ale z powodu pracy, która pochłaniała ją bez reszty. Nie idealizuje jej na siłę... W książce czuć mieszaninę podziwu i tęsknoty: dziecko, które patrzy na matkę jak na zjawisko, i dorosła kobieta, która dopiero po latach widzi cenę, jaką Maria płaciła za swoje odkrycia.
Książka nie jest przesadnie patetyczna, nie próbuje budować mitu. Wręcz przeciwnie - rozbraja go, pokazując, że za wielkością stoi samotność, zmęczenie, upór i ogromna, cicha siła. Czytając, ma się wrażenie, że Eve Curie nie tyle pisze o matce, ile próbuje ją ocalić przed zapomnieniem w tej najbardziej ludzkiej wersji: nie jako ikonę nauki, ale jako osobę, która kochała, bała się, walczyła i czasem po prostu chciała odpocząć.
Książka opowiada o Marguerite de la Rocque, młodej Francuzce, która wbrew oczekiwaniom swojego opiekuna, zakochuje się w niewłaściwej osobie. Kara jest okrutna - zostaje porzucona na bezludnej wyspie u wybrzeży Kanady. Brzmi jak początek historii, od której nie da się oderwać, prawda? Niestety, w praktyce wszystko to wypada dużo mniej intensywnie. Przez większość książki zwyczajnie się nudziłam. Akcja toczy się powoli, a wiele scen wydaje się niepotrzebnie rozwleczonych. Co gorsza, nie potrafiłam zbliżyć się do bohaterów. Obserwowałam ich losy z boku, bez większych emocji i zaangażowania.
Dom przy starym młynie to książka z takim spokojnym, trochę nostalgicznym klimatem, ale jednocześnie pełna trudnych emocji i rodzinnych tajemnic. Poznajemy tu losy bohaterów na tle II wojny światowej i tego, co zostaje w ludziach jeszcze przez wiele lat po jej zakończeniu. W książce jest sporo emocji związanych z rodziną, stratą, miłością i próbą odnalezienia prawdy o przeszłości.
Autorka prowadzi opowieść dwutorowo, co nadaje jej ciekawy rytm i pozwala spojrzeć na wydarzenia z dwóch zupełnie różnych perspektyw. W pierwszym planie śledzimy losy rodzin Mikulskich i Derlatków w latach 1939-1947 - ich codzienną walkę o przetrwanie, dramaty, które spadają na nich nagle, oraz małe chwile normalności, które próbują ocalić mimo wojny. W drugim planie pojawia się współczesność, a dokładniej - Weronika, wnuczka Halinki, która wraca do Zwolenia i próbuje zrozumieć, co tak naprawdę przeżyli jej bliscy. To zestawienie przeszłości i teraźniejszości działa bardzo dobrze, bo pokazuje, jak mocno dawne wydarzenia potrafią wrosnąć w rodzinę - nawet wtedy, gdy nikt o nich głośno nie mówi. Przeszłość nie znika, tylko cicho przenika do kolejnych pokoleń, wpływając na ich wybory, emocje i sposób patrzenia na świat. Dzięki temu historia nabiera dodatkowej głębi i staje się czymś więcej niż tylko opowieścią o wojnie - staje się opowieścią o pamięci, dziedziczeniu i próbie zrozumienia własnych korzeni.
Książka jest naprawdę ciekawa i poruszająca. Widać, że została oparta na prawdziwych wspomnieniach i rodzinnych historiach, co nadaje jej autentyczności i takiej zwyczajnej, ludzkiej prawdy. Bohaterowie nie są wyidealizowani - to ludzie z krwi i kości, ze swoimi lękami, słabościami i małymi radościami. Dzięki temu łatwo się z nimi zżyć, przeżywać ich dramaty i kibicować im w chwilach, gdy świat wali im się na głowę.
Jednocześnie trudno nie zauważyć, że niektóre wątki aż proszą się o rozwinięcie. Najbardziej rzuca się w oczy historia Stanisława - zostaje wywieziony, ale właściwie nie dowiadujemy się, dokąd trafił ani jak wyglądała jego codzienność na wywózce. Tego mi tutaj zabrakło...
No i te błędy… Niestety jest ich kilka. Literówki, drobne potknięcia językowe, czasem nieścisłości - nic, co zrujnowałoby lekturę, ale na tyle widoczne, że momentami potrafią wybić z rytmu.
Największy problem pojawia się wtedy, gdy ma się już za sobą sporo podobnych książek. Ta pozycja po prostu nie wnosi nic nowego, nie odkrywa innej perspektywy, nie zatrzymuje na dłużej przy żadnym fragmencie. Emocje są tu obecne, ale bardziej opowiedziane niż faktycznie odczuwalne.
Książka W rany (będąca kontynuacją bestsellerowych Wron) zostawiła we mnie sporo emocji, ale niestety nie takich, jakich się spodziewałam. I nawet nie chodzi o to, że liczyłam, że Basia przeżyje - bardziej wierzyłam w oczyszczenie i naprawienie błędów... w pogłębienie historii i jakieś nowe spojrzenie na relacje rodzinne. Niestety historia znów prowadzi nas przez te same emocje i napięcia. Znów utknęliśmy w tym samym domu i w tych samych ranach.
Fabuła ponownie krąży wokół trudnej relacji matki i córki, tylko miejsce Basi zajęła Kasia. To właśnie ona staje się narratorką i przewodniczką po świecie, w którym dziecko musi radzić sobie z emocjonalną przemocą, chłodem i brakiem zrozumienia. Jej perspektywa jest przejmująca, ale… znajoma. Zbyt znajoma. Mamy tu właściwie tę samą historię, co we Wronach, te same mechanizmy przemocy i tę samą bezsilność dziecka wobec dorosłych, którzy powinni chronić, a ranią.
Opis książki podkreśla, że autorka „ponownie przygląda się złu za drzwiami pozornie bezpiecznych domów” - i to prawda. Jednak dla mnie to „ponownie” stało się problemem. Liczyłam na rozwój, na to, że matka - po wszystkim, co wydarzyło się w pierwszym tomie - choć w minimalnym stopniu zrozumie swój błąd. Że pojawi się refleksja, jakaś rysa, która pozwoli zobaczyć w niej człowieka, nie tylko oprawcę. Tymczasem jej postać jest tu jeszcze bardziej zamknięta, jeszcze bardziej okrutna, jeszcze bardziej niezdolna do zmiany.
W rany to książka mocna, bolesna i dobrze napisana, ale jako kontynuacja Wron nie daje niczego, co pozwoliłoby spojrzeć na tę rodzinę inaczej. Nie ma tu ani rozwoju bohaterów, ani próby przełamania schematu, ani choćby śladu nadziei, że zło można zatrzymać.
Cudowna łyżeczka jest opowieścią inspirowaną prawdziwym życiem Biety, czyli Elżbiety Ficowskiej, która jako niemowlę została uratowana z warszawskiego getta. Jej życie od samego początku naznaczone było wojną i niebezpieczeństwem. Miała zaledwie pół roku, gdy potajemnie wyniesiono ją na aryjską stronę i powierzono opiece Stanisławy Bussold - kobiety, która otoczyła ją troską, czułością i miłością. To właśnie dzięki niej dziewczynka mogła dorastać w świecie, który - choć nadal był pełen lęku i niepewności, to jednak dawał jej szansę na normalne dzieciństwo i względne poczucie bezpieczeństwa.
Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię w niezwykle oryginalny sposób, czyniąc jednym z głównych bohaterów… tytułową cudowną łyżeczkę. To właśnie ona, jako część rodzinnego kompletu, trafia wraz z rodziną Rochmanów do getta i staje się cichym świadkiem wydarzeń, które w dramatyczny sposób zmieniają losy ludzi. Później, wraz z maleńką Elżunią, opuszcza getto, niosąc w sobie pamięć o tych, którzy nie mogli wyjść z niego żywi. Od tej chwili łyżeczka staje się nie tylko pamiątką po utraconym świecie, lecz także symbolem ocalenia - drobnym przedmiotem, który przetrwał dzięki ludzkiej odwadze i miłości. Towarzyszy dziewczynce w nowym życiu, łącząc przeszłość z teraźniejszością.
To, co doceniam tutaj najmocniej, to sposób opowiadania - spokojny i wyważony, a jednocześnie czuły i pozbawiony epatowania okrucieństwem. Autor nie ucieka od trudnych tematów, ale przedstawia je w sposób, który pozwala młodszemu czytelnikowi je zrozumieć i oswoić, a dorosłemu dostrzec ukryte między słowami emocje i moralne dylematy. Dzięki temu książka nie przytłacza, lecz skłania do refleksji. Do zadawania pytań...
Dla mnie... to książka o pamięci, która nie krzyczy, ale cicho trwa - w ludziach, przedmiotach i opowieściach, które warto ocalić. Pokazuje, że nawet najmniejsze rzeczy mogą nieść ogromne znaczenie i stać się mostem między przeszłością a teraźniejszością.
Wydawnictwo: Marginesy
Nie byłam przygotowana na to, jak bardzo ta książka mnie uderzy... i to nie tylko jako historia, ale jako emocja. To mocna, poruszająca, ale absolutnie potrzebna książka, którą powinno się przeczytać, nawet jeśli tak mocno boli. Bo historia to nie tylko daty i wielkie wydarzenia, ale przede wszystkim ludzie i ich doświadczenia - często przemilczane.
Zieleniak nie jest kolejną opowieścią o wojnie, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Tutaj nie ma upiększania, patosu ani bohaterskich legend. Jest za to chaos, bezsilność oraz surowa i bolesna prawda o wydarzeniach z sierpnia 1944 roku, kiedy na warszawskiej Ochocie - na terenie hali targowej przy ulicy Grójeckiej - powstał obóz przejściowy Zieleniak. Przez to miejsce - otoczone murem, pilnowane przez żołnierzy SS RONA - przeszło kilkadziesiąt tysięcy, wypędzonych z domów, cywilów.
Anna Augustyniak oddaje głos tym, które przez dekady były pomijane w oficjalnej narracji - kobietom, młodym dziewczynom, a nawet... małym dziewczynkom - ofiarom niewyobrażalnie brutalnych gwałtów, tortur i upokorzeń, jakich doświadczały na Zieleniaku (i nie tylko). Ich historie tworzą przejmujący obraz rzeczywistości, w której jedno spojrzenie czy ładna sukienka, może stać się wyrokiem, a przetrwanie zależy wyłącznie od przypadku, sprytu albo zwykłego szczęścia... Jednocześnie, gdzieś między tym wszystkim, pojawia się człowieczeństwo - drobne gesty, odruchy troski, cicha solidarność. Ten kontrast robi ogromne wrażenie.
Czytając... miałam momenty, kiedy musiałam odłożyć książkę. Nie dlatego, że jest źle napisana - wręcz przeciwnie. Styl jest bardzo dobry, wręcz hipnotyzujący. Problem w tym, że to, o czym czytamy, jest po prostu trudne do udźwignięcia. Strach, upokorzenie, walka o przetrwanie, a przede wszystkim niewyobrażalna przemoc - to wszystko uderza z ogromną siłą. Uderza i zostaje.
Pani Anno, dziękuję za tę książkę. Dziękuję, że podjęła się Pani opisać... nieopisywalne. Dzięki Pani te historie w końcu wybrzmiały - zostały ocalone od zapomnienia i dostały należne im miejsce w historii. Udokumentowała Pani traumę, a jednocześnie - przywróciła godność tym, którym ją odebrano.
To nie jest powieść inspirowana wojną - to autentyczne wspomnienia Gitel Hopfeld, żydowskiej kobiety, która w czasie okupacji próbowała ocalić siebie i swoje dzieci. Jej relacja jest szczera i bezpośrednia, a jednocześnie niezwykle skromna.
Gitel Hopfeld opisuje swoją wojenną tułaczkę po okupowanej Polsce, a właściwie - nieustanne balansowanie między nadzieją a rozpaczą. Ona i jej dzieci ukrywają się w stodołach, w stogach siana i w obcych domach… czasem tylko na kilka dni, czasem na dłużej. Każda kryjówka jest jednak jedynie chwilowym schronieniem, a każdy poranek może okazać się ostatnim. Towarzyszy im ciągła niepewność: czy ktoś ich zdradzi, czy Niemcy pojawią się nagle, czy dzieci zdołają znieść głód, zimno i strach, który nigdy nie odpuszcza.
Najbardziej poruszające jest to, że jej los zależy wyłącznie od ludzi, których spotyka - często zupełnie obcych. Jedni ryzykują wszystko, by jej pomóc, inni odmawiają, boją się, albo po prostu nie chcą mieć z nią nic wspólnego. Hopfeld opisuje te spotkania z wdzięcznością, ale bez idealizowania. Nie ocenia, nie oskarża - po prostu opowiada. Pokazuje świat, w którym dobro i strach istniały obok siebie, a każdy gest pomocy był aktem odwagi.
Książka pozostawia nas z refleksją, że w czasach, kiedy wszystko sprzysięgało się przeciwko przetrwaniu, ocalenie często zależało od jednego gestu, jednej decyzji i jednego człowieka. I właśnie dlatego warto ją przeczytać - by pamiętać o tych, którzy mieli odwagę pomagać, i o tych, którzy dzięki temu przeżyli.
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 384
W centrum historii są dwie kobiety: Maria Szaflarska i Janina Radke. Na początku dzieli je wszystko - status, charakter, sposób patrzenia na świat... Maria ma kochającego męża, dzieci, dom, stabilność. Janina - ich opiekunka, żyje w cieniu cudzej „idealności”, a co więcej - chciałaby być na miejscu Marii. Ale potem wybucha wojna. I nagle to, co je dzieliło, przestaje mieć znaczenie. Obie tracą wszystko, co najważniejsze - dzieci, dom i stabilność. Córki Marii znikają bez śladu, a i Janina zostaje porwana przez wojenną zawieruchę. Kiedy spotykają się ponownie, już po wojnie, łączy je - poza wspólną przeszłością - desperacka potrzeba odnalezienia zaginionych dzieci.
W trakcie poszukiwań pojawia się Roman Hrabar - postać historyczna, adwokat, który odkrywa, że zniknięcia polskich dzieci były częścią niemieckiej akcji germanizacyjnej. To nadaje powieści dodatkowej głębi i realizmu.
Ta powieść mnie poruszyła. Jest emocjonalna, wciągająca i napisana tak, że czuć autentyczność wydarzeń i bohaterów. Momentami bolało czytanie o tym, jak wojna odbierała kobietom ich dzieci, ich tożsamość... ich człowieczeństwo. Maria wzbudziła we mnie ogrom współczucia - jej ból był czysty, prawdziwy, przejmujący. Janina natomiast… mimo że jej los również był tragiczny, nie potrafiłam jej polubić. Rozumiałam jej trudne doświadczenia, ale jej decyzje, tajemnice, skrywane pretensje i sposób myślenia często mnie irytowały. Jednocześnie wiem, że to wszystko czyni ją tak dobrze napisaną postacią - jest skomplikowana, niejednoznaczna, ale... prawdziwa.
Powieść Pamięć drzewa opowiada historię dziesięcioletniego Jana, którego życie zmienia się, gdy do jego domu wprowadzają się dziadkowie. Początkowo jest to dla niego powód do radości, jednak szybko okazuje się, że w domu pojawia się napięcie, którego Jan do końca nie rozumie. Chłopiec obserwuje dorosłych, próbuje odczytać ich nastroje i zachowania, ale wiele rzeczy wymyka mu się z dziecięcej logiki. Z czasem odkrywa, że dziadek zaczyna tracić pamięć, a ta niewidzialna choroba wpływa na całą rodzinę.
Najważniejszym punktem tej historii jest relacja Jana z dziadkiem. Spędzają oni razem dużo czasu - chodzą na spacery, rozmawiają, obserwują świat i drzewa, które stają się symbolem pamięci i wspomnień. To właśnie w tych scenach widać najwięcej ciepła i autentyczności - to one nadają książce ton łagodnej melancholii.
Mimo tego nie mogę powiedzieć, że książka mnie zachwyciła. Choć temat jest poruszający, sposób jego przedstawienia nie do końca do mnie trafił. Zamiast wciągnąć mnie w świat bohatera, opowieść układała się w krótkie, szybko urywane sceny, które bardziej przypominały pojedyncze migawki niż pełną, rozwijającą się historię. Emocje pojawiały się tylko na moment, po czym znikały, zanim zdążyły naprawdę wybrzmieć. Ta fragmentaryczność sprawiła, że trudno było mi zżyć się z bohaterami i poczuć wagę ich doświadczeń - doświadczeń, które doskonale znam z własnego domu, dlatego tym bardziej liczyłam na głębsze poruszenie.
Choroba dziadka, która mogłaby stanowić emocjonalne centrum powieści, została przedstawiona bardzo subtelnie, wręcz zbyt delikatnie. Rozumiem zamysł - pokazanie świata oczami dziecka, które widzi, ale nie rozumie wszystkiego - jednak w efekcie zabrakło mi intensywności, która pozwoliłaby naprawdę wejść w tę historię. Zamiast wzruszenia pozostało wrażenie oglądania serii estetycznych, lecz ulotnych obrazów.
Dziwne obrazki to jedna z tych książek, które zaczynasz czytać z ciekawości, a kończysz z poczuciem lekkiego dreszczu na plecach. Uketsu, bez skrępowania, bawi się naszymi oczekiwaniami i zmusza do myślenia... do uczestniczenia w grze.
Fabuła opiera się na serii pozornie niepowiązanych historii i tytułowych obrazków - dziwnych, niepokojących rysunków, które stopniowo zaczynają układać się w jedną, spójną i mroczną całość. Każdy z nich jest jak zagadka - trop prowadzący do czegoś znacznie bardziej przerażającego. Z czasem okazuje się, że te niewinne ilustracje skrywają historię zbrodni, traumy i ludzkich tajemnic, a wszystkie wątki łączą się w zaskakujący finał.
To, co mnie uderzyło najmocniej w tej książce, to uczucie niepokoju - takie ciche i narastające, a które nie wynika z brutalności, ale z atmosfery i niedopowiedzeń. Tę książkę nie tylko się czyta, ale wręcz analizuje - próbuje rozgryźć, a momentami wraca się do wcześniejszych stron, żeby sprawdzić, czy coś nam nie umknęło. I kiedy w końcu wszystko zaczyna się łączyć… to naprawdę robi wrażenie. Zaskakujące wrażenie.
Dziwne obrazki są… dziwne. Ale w najlepszym możliwym sensie. To książka, która zostaje w głowie długo po tym, jak zamkniesz ostatnią stronę.
Każda rozmowa to inna historia, inne tło, inne emocje. Poznajemy nie tylko same wydarzenia, które doprowadziły do zbrodni, ale przede wszystkim drogę do niej - często naznaczoną przemocą, trudnym dzieciństwem, toksycznymi relacjami czy poczuciem bezradności. Co ważne, autor nie ocenia, nie moralizuje, nie narzuca nam - swoim odbiorcom, konkretnego punktu widzenia.