Pages - Menu

wtorek, 4 sierpnia 2026

Krucha pamięć...

Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Rok wydania: 2023
Liczba stron: 104

To nie jest opowieść o starości i chorobie, ale bardziej o pamięci, samotności, strachu przed utratą siebie i o tym, jak ogromną wartość może mieć druga osoba. 

Głównym bohaterem jest Emilio - starszy mężczyzna, który zaczyna mieć coraz większe problemy z pamięcią. Kiedyś był człowiekiem przyzwyczajonym do odpowiedzialności i samodzielności, ale teraz coraz częściej gubi rzeczy, zapomina prostych słów i nie radzi sobie z codziennością. Rodzina decyduje się umieścić go w domu spokojnej starości. Tam Emilio trafia do pokoju z Miguelem - człowiekiem zupełnie innym od niego. Miguel jest sprytny, trochę bezczelny i często wykorzystuje swoją inteligencję dla własnych korzyści, ale z czasem okazuje się też kimś, kto potrafi naprawdę pomóc drugiemu człowiekowi. 

Fabuła nie opiera się na wielkich wydarzeniach czy nagłych zwrotach akcji. Paco Roca pokazuje zwykłe życie mieszkańców domu opieki - ich małe problemy, przyzwyczajenia, wspomnienia i próby zachowania resztek niezależności. I właśnie ta zwyczajność działa najmocniej, bo autor nie robi z bohaterów tylko „biednych staruszków”. Pokazuje ich jako ludzi, którzy nadal mają swoje charaktery, marzenia, poczucie humoru i potrzebę bliskości. Jednocześnie pokazuje, że nawet w trudnym momencie życia można znaleźć przyjaźń, bliskość i coś, co daje nadzieję.

Największą siłą komiksu jest sposób, w jaki przedstawiona została choroba Alzheimera. Paco Roca nie przesadza, nie próbuje wycisnąć z czytelnika łez na siłę. Pokazuje raczej powolne znikanie pewnych rzeczy - wspomnień, pewności siebie i poczucia kontroli nad własnym życiem. 

To krótki komiks, który zostawia po sobie sporo przemyśleń... człowiek zaczyna myśleć o swoich rodzicach, dziadkach, o tym, co będzie za kilka dekad - czy zachowamy swoje wspomnienia i czy obok nas znajdą się ludzie, którzy okażą nam cierpliwość i wsparcie. Zmarszczki przypominają, że za każdą starszą osobą stoi cała historia, pełna doświadczeń, marzeń i emocji, które nie znikają tylko dlatego, że ciało zaczyna się starzeć, a głowa szwankować.

piątek, 31 lipca 2026

O bliskości, której uczymy się po czasie

Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Rok wydania: 2021  
Liczba stron: 136

To powieść graficzna, która udowadnia, że nie potrzeba wielu słów ani dynamicznej akcji, żeby opowiedzieć historię pełną emocji. To spokojna, refleksyjna opowieść o rodzinie, wspomnieniach i przemijaniu, która zostawia czytelnika z wieloma przemyśleniami.

Fabuła skupia się na trójce rodzeństwa, które rok po śmierci ojca wraca do rodzinnego domu letniskowego. Ich plan wydaje się prosty - uporządkować wszystko i przygotować dom do sprzedaży. Z każdym kolejnym dniem okazuje się jednak, że nie jest to zwykłe sprzątanie. Każdy przedmiot, zakamarek czy drobna naprawa przywołują wspomnienia z dzieciństwa i sprawiają, że bohaterowie na nowo mierzą się z emocjami, których wcześniej nie potrafili nazwać. Dom staje się nie tylko miejscem, ale symbolem rodzinnych więzi i pamięci o bliskiej osobie. 

Największą siłą tego komiksu jest jego prostota. Autor nie próbuje na siłę wzruszać ani szokować. Zamiast tego pokazuje zwyczajne sytuacje, które wielu czytelnikom mogą wydać się znajome. Dzięki temu łatwo odnaleźć w tej historii cząstkę własnych doświadczeń. 

Czytając tę historię, miałam poczucie - choć trudno to czasem przyznać... że bardzo często nie doceniamy tych, którzy są obok nas. Dopiero gdy ich zabraknie, zaczynamy dostrzegać, jak wiele dla nas znaczyli i jak ogromny wpływ mieli na nasze życie. Bo przecież... aby stać się dla kogoś naprawdę ważną osobą, nie trzeba dokonywać wielkich rzeczy ani być super bohaterem. Wystarczy dawać drugiemu człowiekowi poczucie bezpieczeństwa, wolności i przestrzeni do bycia sobą. Takie gesty często wydają się zwyczajne, ale z perspektywy czasu okazują się tym, co pamięta się najmocniej.

czwartek, 30 lipca 2026

Małe serca, wielkie cierpienie

Wydawnictwo: Literatura
Rok wydania: 2020
Liczba stron: 56

To jedna z tych książek, które czyta się szybko, ale pamięta długo. Autorka wraca do historii łódzkiego obozu przy ulicy Przemysłowej - miejsca, które istniało naprawdę, choć przez lata pozostawało niemal niewidoczne w zbiorowej pamięci. Polen‑Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt (1942-1945) był tworem tak okrutnym, że trudno uwierzyć, iż powstał z myślą o najmłodszych. A jednak to właśnie tam trafiały dzieci: od sześciolatków po nastolatków. Czasem trafiały tu nawet niemowlęta. 

Piątkowska opowiada ich historię w krótkich, prostych rozdziałach - tak, by młody czytelnik mógł unieść ciężar tematu, ale jednocześnie zrozumieć, jak wyglądało życie za drutami. Książka nie skupia się na jednym bohaterze, lecz pokazuje codzienność wielu dzieci, które trafiały do obozu za drobne przewinienia, dlatego że były sierotami, pochodziły z rodzin związanych z ruchem oporu albo po prostu znalazły się w niewłaściwym miejscu i czasie. Dzieci musiały zmagać się z głodem, brutalnym biciem, ciężką pracą, zimnem i nieustannym strachem. Chłopców kierowano przede wszystkim do prostowania igieł tkackich oraz wyplatania mat z wikliny, natomiast dziewczęta zmuszano do pracy w szwalni, kuchni oraz wykonywania innych obowiązków gospodarczych. Praca była obowiązkowa, a jej celem nie była nauka zawodu, lecz maksymalne wykorzystanie ich sił do pracy.

Autorka nie epatuje brutalnością, choć opisuje rzeczy niewyobrażalne. Jej język jest prosty, oszczędny, ale przez to jeszcze bardziej poruszający. Podczas czytania trudno uwierzyć, że takie rzeczy naprawdę wydarzyły się dzieciom.

To nie jest książka, która daje ukojenie - to książka, która daje pamięć. A pamięć jest tu najważniejsza.

środa, 29 lipca 2026

Historia o pamięci, stracie i nadziei

Wydawnictwo: Wydawnictwo w Podwórku
Rok wydania: 2017  
Liczba stron: 152

To zbiór opowiadań, które łączy wspólny motyw: utraty domu, przymusowych przesiedleń i prób odnalezienia swojego miejsca po zakończeniu II wojny światowej. Każde opowiadanie jest jak osobna gałąź, ale wszystkie wyrastają z tego samego pnia: z potrzeby przetrwania, z tęsknoty za utraconym rytmem życia, z prób odnalezienia sensu w świecie, który nagle stał się obcy. Są tu Polacy przesiedleni z Kresów, Niemcy zmuszeni do opuszczenia rodzinnych domów oraz osoby próbujące zacząć wszystko od nowa na obcej ziemi.

Kruszewska  nie skupia się na wielkich wydarzeniach historycznych, lecz pokazuje ich wpływ na zwykłych ludzi. Bohaterowie zmagają się z bólem po stracie bliskich, niepewnością jutra oraz tęsknotą za dawnym życiem i domem. Muszą nauczyć się żyć w miejscach, które nie są ich, jednocześnie próbując zapuścić nowe - trwałe korzenie. Tytułowe czereśnie stają się tutaj symbolem pamięci, przemijania i nadziei - podobnie jak drzewa, ludzie również potrzebują czasu, by zakorzenić się w nowym miejscu.

Kruszewska  ma niezwykłą umiejętność pisania oszczędnie, a jednocześnie gęsto tu od emocji. Jej język jest prosty, ale pełen uroku. Narracja - delikatna, a jednak mocna. Trafiająca tam, gdzie powinna. I choć nie ma tu taniego wzruszenia, ani literackich fajerwerków, jest za to surowa prawda: o samotności, o pamięci i o próbach odbudowania siebie na nowo. 

poniedziałek, 27 lipca 2026

Niby jest, ale jakby jej nie było

Wydawnictwo: Albus
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 88

To jest jedna z tych książek, które niby są dla dzieci, ale tak naprawdę uderzają w dorosłych. Czytasz i czujesz, że autorka nie moralizuje i nie owija w bawełnę, tylko mówi z czułością o rzeczach trudnych i nieuniknionych - o starzeniu się, o chorobie, o odpowiedzialności. 

Historia skupia się na Nutce, której życie zaczyna się zmieniać, gdy jej babcia zachowuje się coraz bardziej niezwykle. I zanim Nutka zdąży to zrozumieć, znika jej młodsza siostra. Wtedy też pojawia się tajemnicza Zielona Dziewczynka - postać trochę magiczna, trochę symboliczna, która prowadzi bohaterki przez świat wspomnień i pomaga odkrywać to, co zostało zapomniane.

Książka jest czuła, ale nie słodka. Autorka w bardzo delikatny sposób porusza trudny temat choroby Alzheimera (której nikt nie nazywa wprost, ale której objawy są czytelne dla dorosłego odbiorcy), pokazując, że dotyka ona nie tylko osoby, która zmaga się z utratą pamięci, ale także całą rodzinę. Podobało mi się, że ta historia nie straszy, ale oswaja - pokazuje znaczenie cierpliwości, rozmowy i zwykłej obecności drugiego człowieka.

Największe wrażenie zrobiła na mnie atmosfera tej opowieści - niby ciężka, a jednak czuła i lekka. Jest tutaj trochę magii, dużo czułości i sporo emocji. To książka, która przypomina, że nawet kiedy ktoś zaczyna zapominać, nadal pozostaje tą samą bliską osobą, którą kochamy. Tym, co wybrzmiewa najbardziej jest myśl... że czasem najtrudniejsze rzeczy dzieją się w zwykłe dni, w zwykłe popołudnia, które nagle stają się „tym popołudniem, którego nie było”.

piątek, 24 lipca 2026

Echo dawnej miłości

Wydawnictwo: We need YA
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 440

Lato, by Cię odzyskać... nie jest złą książką, ale też nie zostawia nic, co by człowieka na dłużej zatrzymało. Romans jak romans: dawna miłość, włoskie tło, trochę nostalgii, trochę niedopowiedzeń. Wszystko poprawne, ale nic nie wybrzmiewa. Ot, takie czytało. I tyle.

Książka opowiada historię Jasmine, która wyjeżdża na ślub przyjaciół. Wśród zaproszonych gości znajduje się Andréa - jej pierwsza i najważniejsza miłość. Ich ponowne spotkanie nie jest wielkim dramatem ani fajerwerkami - raczej takim cichym, nieco niekomfortowym drgnięciem, które przypomina, że pewne emocje wcale nie znikają, tylko czekają, aż znów się na nie natkniesz. 

Już od początku czułam, w którą stronę to wszystko pójdzie i nic po drodze mnie nie zaskoczyło. Czytałam, przewracałam strony, ale brakowało mi tego momentu, który naprawdę przyciąga uwagę i sprawia, że człowiek chce zostać w historii trochę dłużej. Bohaterowie niby nie są źli, ale nie udało mi się złapać z nimi większej więzi. Nie kibicowałam im - raczej obserwowałam z dystansu. Niby coś między nimi iskrzyło, niby pojawiały się uczucia, ale ja nie poczułam tej chemii i napięcia, które powinny wybrzmieć w romansie. Ich relacja jest bardziej opowiedziana niż przeżyta.

To jest książka, którą można przeczytać na wakacjach, na plaży, w pociągu - i nie mieć poczucia straconego czasu. Ale też nie mieć poczucia, że się przeżyło coś fajnego. Po prostu: przeczytane, odłożone, koniec.

niedziela, 5 lipca 2026

Codzienność, która stała się narzędziem

Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 576

Słońce świeci dla Hitlera to książka, która wchodzi głęboko pod skórę... ale nie krzykiem i drastycznymi opisami, tylko chłodnym i metodycznym pokazaniem, jak zwykłe życie - krok po kroku -może zostać opanowane przez totalitaryzm. Bendikowski nie opowiada o wojnie, tylko o tym, co działo się obok niej: w kuchniach, szkołach, na podwórkach, w klubach sportowych, w rodzinnych rozmowach... po prostu - w codziennych sprawach.

Autor układa tę książkę jak warstwowy przekrój życia w III Rzeszy. Każda część odsłania inną sferę codzienności - taką, która na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajna, ale pod spodem jest już całkowicie uformowana przez państwo. Propaganda nie wchodzi tu z hukiem. Ona raczej wsiąka w tło, w rutynę, w drobne gesty i nawyki. Państwo przesuwa granice prywatności powoli, niemal niezauważalnie. To, co osobiste, zaczyna być oceniane, kształtowane, a czasem po prostu zawłaszczane. W pewnym momencie trudno już odróżnić, gdzie kończy się własny wybór, a gdzie zaczyna narzucony porządek.

Najbardziej niepokojące jest to, że ta przemiana nie ma jednego momentu „przełomu”. Ona dzieje się zwyczajnie, w rytmie dni. Aż w końcu ta „normalność” okazuje się czymś całkowicie uformowanym przez ideologię - tak bardzo, że przestaje się ją w ogóle zauważać.

Książka działa jak zimny prysznic. Bendikowski nie moralizuje, nie krzyczy - po prostu pokazuje fakty, a one same w sobie są wystarczająco przerażające. Najmocniejsze jest to, że nie opisuje potworów, tylko zwykłych ludzi, którzy krok po kroku oswajali zło, aż stało się ono tłem ich życia. Czyta się to z rosnącym dyskomfortem, bo autor nieustannie przypomina, że totalitaryzm nie zaczyna się od obozów - zaczyna się od codzienności.

wtorek, 16 czerwca 2026

Maria... nie legenda

Wydawnictwo: Lind&Co
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 43

To książka, którą czyta się tak, jakby ktoś uchylił drzwi do cudzego domu - nie po to, by podglądać, ale by zrozumieć, jak wygląda codzienność kogoś, kogo znamy tylko z pomników, nazw ulic i szkolnych podręczników.

Eve Curie nie pisze o matce jak o legendzie. Pisze o niej jak o kobiecie z krwi i kości: upartej, cichej, skupionej, czasem surowej, a jednocześnie delikatnej w sposób, którego nie widać na żadnym z tych słynnych zdjęć, gdzie patrzy w obiektyw z powagą człowieka, który wie, że niesie na barkach coś większego niż własne życie.

To nie jest biografia naukowa. To opowieść córki, która próbuje zrozumieć matkę, choć ta zawsze była trochę nieobecna - nie z braku miłości, ale z powodu pracy, która pochłaniała ją bez reszty. Nie idealizuje jej na siłę... W książce czuć mieszaninę podziwu i tęsknoty: dziecko, które patrzy na matkę jak na zjawisko, i dorosła kobieta, która dopiero po latach widzi cenę, jaką Maria płaciła za swoje odkrycia.

Książka nie jest przesadnie patetyczna, nie próbuje budować mitu. Wręcz przeciwnie - rozbraja go, pokazując, że za wielkością stoi samotność, zmęczenie, upór i ogromna, cicha siła. Czytając, ma się wrażenie, że Eve Curie nie tyle pisze o matce, ile próbuje ją ocalić przed zapomnieniem w tej najbardziej ludzkiej wersji: nie jako ikonę nauki, ale jako osobę, która kochała, bała się, walczyła i czasem po prostu chciała odpocząć.

niedziela, 14 czerwca 2026

Miała porwać, a tylko przepłynęła obok

Wydawnictwo: Literackie    
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 520

Isola była dla mnie obietnicą czegoś wielkiego - samotność na wyspie, dramat... kobieta rzucona na pastwę losu. I ja naprawdę chciałam w to wejść. Chciałam czuć sól na skórze, strach, desperację... tę surowość, która aż powinna ciąć po palcach. A dostałam historię, która zamiast wciągać, po prostu… przepływała obok. 

Przez większą część lektury czekałam, aż w końcu wydarzy się coś, co mnie zaangażuje. Niestety, zamiast rosnącego napięcia dostawałam kolejne opisy i rozważania, które mnie nużyły. Kilka razy odkładałam książkę na bok i nie miałam większej potrzeby do niej wracać. A to dla mnie zawsze znak, że coś nie zagrało.

Książka opowiada o Marguerite de la Rocque, młodej Francuzce, która wbrew oczekiwaniom swojego opiekuna, zakochuje się w niewłaściwej osobie. Kara jest okrutna - zostaje porzucona na bezludnej wyspie u wybrzeży Kanady. Brzmi jak początek historii, od której nie da się oderwać, prawda? Niestety, w praktyce wszystko to wypada dużo mniej intensywnie. Przez większość książki zwyczajnie się nudziłam. Akcja toczy się powoli, a wiele scen wydaje się niepotrzebnie rozwleczonych. Co gorsza, nie potrafiłam zbliżyć się do bohaterów. Obserwowałam ich losy z boku, bez większych emocji i zaangażowania.

Doceniam historyczne tło i fakt, że autorka sięgnęła po mało znaną, autentyczną historię. Sama Marguerite naprawdę ma w sobie coś magnetycznego - jej upór i siła robią wrażenie. Tylko że mimo tego wszystkiego, książka zwyczajnie mnie zmęczyła.

Widać, że autorka włożyła dużo pracy w odtworzenie realiów epoki. Mam jednak wrażenie, że większe emocje wzbudziło we mnie przeczytanie krótkiego opisu prawdziwych wydarzeń niż kilkaset stron samej książki. 

wtorek, 26 maja 2026

Między przeszłością a teraźniejszością

Wydawnictwo: Dobre Strony
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 382

Dom przy starym młynie to książka z takim spokojnym, trochę nostalgicznym klimatem, ale jednocześnie pełna trudnych emocji i rodzinnych tajemnic. Poznajemy tu losy bohaterów na tle II wojny światowej i tego, co zostaje  w ludziach jeszcze przez wiele lat po jej zakończeniu. W książce jest sporo emocji związanych z rodziną, stratą, miłością i próbą odnalezienia prawdy o przeszłości.

Autorka prowadzi opowieść dwutorowo, co nadaje jej ciekawy rytm i pozwala spojrzeć na wydarzenia z dwóch zupełnie różnych perspektyw. W pierwszym planie śledzimy losy rodzin Mikulskich i Derlatków w latach 1939-1947 - ich codzienną walkę o przetrwanie, dramaty, które spadają na nich nagle, oraz małe chwile normalności, które próbują ocalić mimo wojny. W drugim planie pojawia się współczesność, a dokładniej - Weronika, wnuczka Halinki, która wraca do Zwolenia i próbuje zrozumieć, co tak naprawdę przeżyli jej bliscy. To zestawienie przeszłości i teraźniejszości działa bardzo dobrze, bo pokazuje, jak mocno dawne wydarzenia potrafią wrosnąć w rodzinę - nawet wtedy, gdy nikt o nich głośno nie mówi. Przeszłość nie znika, tylko cicho przenika do kolejnych pokoleń, wpływając na ich wybory, emocje i sposób patrzenia na świat. Dzięki temu historia nabiera dodatkowej głębi i staje się czymś więcej niż tylko opowieścią o wojnie - staje się opowieścią o pamięci, dziedziczeniu i próbie zrozumienia własnych korzeni.

Książka jest naprawdę ciekawa i poruszająca. Widać, że została oparta na prawdziwych wspomnieniach i rodzinnych historiach, co nadaje jej autentyczności i takiej zwyczajnej, ludzkiej prawdy. Bohaterowie nie są wyidealizowani - to ludzie z krwi i kości, ze swoimi lękami, słabościami i małymi radościami. Dzięki temu łatwo się z nimi zżyć, przeżywać ich dramaty i kibicować im w chwilach, gdy świat wali im się na głowę.

Jednocześnie trudno nie zauważyć, że niektóre wątki aż proszą się o rozwinięcie. Najbardziej rzuca się w oczy historia Stanisława - zostaje wywieziony, ale właściwie nie dowiadujemy się, dokąd trafił ani jak wyglądała jego codzienność na wywózce. Tego mi tutaj zabrakło... 

No i te błędy… Niestety jest ich kilka. Literówki, drobne potknięcia językowe, czasem nieścisłości - nic, co zrujnowałoby lekturę, ale na tyle widoczne, że momentami potrafią wybić z rytmu. 

piątek, 15 maja 2026

Emocje zginęły w chaosie

Wydawnictwo: RM    
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 400

To nie jest klasyczna literatura obozowa, tylko zapis rozmów autorki z bohaterką - coś pomiędzy wywiadem a biografią. Tak w skrócie - fabuła opiera się na relacji Elli Blumenthal - kobiety, która przechodzi przez warszawskie getto, Majdanek, Auschwitz i Bergen-Belsen, a po wojnie próbuje ułożyć życie od nowa. Brzmi jak materiał na mocne świadectwo, prawda? Ale... na mnie to nie zadziałało. 

Przy tak ciężkim temacie oczekuje się czegoś, co zostaje w człowieku na długo - jakiegoś pęknięcia w środku, momentów ciszy po lekturze czy bolesnej refleksji. Tutaj tego nie ma. Po prostu... Narracja jest poszarpana, momentami niezwykle chaotyczna. Zdecydowanie b
rakuje tu intensywności, która zwykle sprawia, że świadectwa ocalonych zostają w człowieku na długo. Przez to całość nie buduje napięcia ani nie daje poczucia „zanurzenia się” w historii - raczej przesuwa się przed oczami, trochę obok czytelnika.

Największy problem pojawia się wtedy, gdy ma się już za sobą sporo podobnych książek. Ta pozycja po prostu nie wnosi nic nowego, nie odkrywa innej perspektywy, nie zatrzymuje na dłużej przy żadnym fragmencie. Emocje są tu obecne, ale bardziej opowiedziane niż faktycznie odczuwalne.

No dobra, ale żeby nie było, że tak wszystko na nie... to nie jest książka zła w sensie intencji - temat jest ogromny i sam w sobie zawsze ma znaczenie. Ella straciła wszystko, całą rodzinę i cały swój uporządkowany świat. I to jest ważne. Ale jako całość, ta książka po prostu wypada płasko. I jeśli jej nie przeczytasz, zbyt wiele nie stracisz.

Zamiast "uderzenia"... zostało zmęczenie.

sobota, 2 maja 2026

Bez kroku do przodu...

Wydawnictwo: Stara Szkoła
Rok wydania: 2025  
Liczba stron: 180

Książka W rany (będąca kontynuacją bestsellerowych Wronzostawiła we mnie sporo emocji, ale niestety nie takich, jakich się spodziewałam. I nawet nie chodzi o to, że liczyłam, że Basia przeżyje - bardziej wierzyłam w oczyszczenie i naprawienie błędów... w pogłębienie historii i jakieś nowe spojrzenie na relacje rodzinne. Niestety historia znów prowadzi nas przez te same emocje i napięcia. Znów utknęliśmy w tym samym domu i w tych samych ranach.

Fabuła ponownie krąży wokół trudnej relacji matki i córki, tylko miejsce Basi zajęła Kasia. To właśnie ona staje się narratorką i przewodniczką po świecie, w którym dziecko musi radzić sobie z emocjonalną przemocą, chłodem i brakiem zrozumienia. Jej perspektywa jest przejmująca, ale… znajoma. Zbyt znajoma. Mamy tu właściwie tę samą historię, co we Wronach, te same mechanizmy przemocy i tę samą bezsilność dziecka wobec dorosłych, którzy powinni chronić, a ranią. 

Opis książki podkreśla, że autorka „ponownie przygląda się złu za drzwiami pozornie bezpiecznych domów” - i to prawda. Jednak dla mnie to „ponownie” stało się problemem. Liczyłam na rozwój, na to, że matka - po wszystkim, co wydarzyło się w pierwszym tomie - choć w minimalnym stopniu zrozumie swój błąd. Że pojawi się refleksja, jakaś rysa, która pozwoli zobaczyć w niej człowieka, nie tylko oprawcę. Tymczasem jej postać jest tu jeszcze bardziej zamknięta, jeszcze bardziej okrutna, jeszcze bardziej niezdolna do zmiany.

W rany to książka mocna, bolesna i dobrze napisana, ale jako kontynuacja Wron nie daje niczego, co pozwoliłoby spojrzeć na tę rodzinę inaczej. Nie ma tu ani rozwoju bohaterów, ani próby przełamania schematu, ani choćby śladu nadziei, że zło można zatrzymać.

sobota, 25 kwietnia 2026

Ocalona pamięć Biety

Wydawnictwo: Lira    
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 192

Cudowna łyżeczka jest opowieścią inspirowaną prawdziwym życiem Biety, czyli Elżbiety Ficowskiej, która jako niemowlę została uratowana z warszawskiego getta. Jej życie od samego początku naznaczone było wojną i niebezpieczeństwem. Miała zaledwie pół roku, gdy potajemnie wyniesiono ją na aryjską stronę i powierzono opiece Stanisławy Bussold - kobiety, która otoczyła ją troską, czułością i miłością. To właśnie dzięki niej dziewczynka mogła dorastać w świecie, który - choć nadal był pełen lęku i niepewności, to jednak dawał jej szansę na normalne dzieciństwo i względne poczucie bezpieczeństwa.

Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię w niezwykle oryginalny sposób, czyniąc jednym z głównych bohaterów… tytułową cudowną łyżeczkę. To właśnie ona, jako część rodzinnego kompletu, trafia wraz z rodziną Rochmanów do getta i staje się cichym świadkiem wydarzeń, które w dramatyczny sposób zmieniają losy ludzi. Później, wraz z maleńką Elżunią, opuszcza getto, niosąc w sobie pamięć o tych, którzy nie mogli wyjść z niego żywi. Od tej chwili łyżeczka staje się nie tylko pamiątką po utraconym świecie, lecz także symbolem ocalenia - drobnym przedmiotem, który przetrwał dzięki ludzkiej odwadze i miłości. Towarzyszy dziewczynce w nowym życiu, łącząc przeszłość z teraźniejszością.

To, co doceniam tutaj najmocniej, to sposób opowiadania - spokojny i wyważony, a jednocześnie czuły i pozbawiony epatowania okrucieństwem. Autor nie ucieka od trudnych tematów, ale przedstawia je w sposób, który pozwala młodszemu czytelnikowi je zrozumieć i oswoić, a dorosłemu dostrzec ukryte między słowami emocje i moralne dylematy. Dzięki temu książka nie przytłacza, lecz skłania do refleksji. Do zadawania pytań...

Dla mnie... to książka o pamięci, która nie krzyczy, ale cicho trwa - w ludziach, przedmiotach i opowieściach, które warto ocalić. Pokazuje, że nawet najmniejsze rzeczy mogą nieść ogromne znaczenie i stać się mostem między przeszłością a teraźniejszością.

czwartek, 23 kwietnia 2026

Głosy, których nie chciano słyszeć

Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 200

Nie byłam przygotowana na to, jak bardzo ta książka mnie uderzy... i to nie tylko jako historia, ale jako emocja. To mocna, poruszająca, ale absolutnie potrzebna książka, którą powinno się przeczytać, nawet jeśli tak mocno boli. Bo historia to nie tylko daty i wielkie wydarzenia, ale przede wszystkim ludzie i ich doświadczenia - często przemilczane.

Zieleniak nie jest kolejną opowieścią o wojnie, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Tutaj nie ma upiększania, patosu ani bohaterskich legend. Jest za to chaos, bezsilność oraz surowa i bolesna prawda o wydarzeniach z sierpnia 1944 roku, kiedy na warszawskiej Ochocie - na terenie hali targowej przy ulicy Grójeckiej - powstał obóz przejściowy Zieleniak. Przez to miejsce - otoczone murem, pilnowane przez żołnierzy SS RONA - przeszło kilkadziesiąt tysięcy, wypędzonych z domów, cywilów.

Anna Augustyniak oddaje głos tym, które przez dekady były pomijane w oficjalnej narracji - kobietom, młodym dziewczynom, a nawet... małym dziewczynkom - ofiarom niewyobrażalnie brutalnych gwałtów, tortur i upokorzeń, jakich doświadczały na Zieleniaku (i nie tylko). Ich historie tworzą przejmujący obraz rzeczywistości, w której jedno spojrzenie czy ładna sukienka, może stać się wyrokiem, a przetrwanie zależy wyłącznie od przypadku, sprytu albo zwykłego szczęścia... Jednocześnie, gdzieś między tym wszystkim, pojawia się człowieczeństwo - drobne gesty, odruchy troski, cicha solidarność. Ten kontrast robi ogromne wrażenie.

Czytając... miałam momenty, kiedy musiałam odłożyć książkę. Nie dlatego, że jest źle napisana - wręcz przeciwnie. Styl jest bardzo dobry, wręcz hipnotyzujący. Problem w tym, że to, o czym czytamy, jest po prostu trudne do udźwignięcia. Strach, upokorzenie, walka o przetrwanie, a przede wszystkim niewyobrażalna przemoc - to wszystko uderza z ogromną siłą. Uderza i zostaje.

Pani Anno, dziękuję za tę książkę. Dziękuję, że podjęła się Pani opisać... nieopisywalne. Dzięki Pani te historie w końcu wybrzmiały - zostały ocalone od zapomnienia i dostały należne im miejsce w historii. Udokumentowała Pani traumę, a jednocześnie - przywróciła godność tym, którym ją odebrano.

niedziela, 19 kwietnia 2026

Niewypowiedziane emocje

Wydawnictwo: Axis Mundi
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 212

Szklana jabłoń Katarzyny Klein zaczyna się naprawdę obiecująco. Autorka powoli buduje napięcie, dając czytelnikowi poczucie, że coś ważnego wisi w powietrzu i to coś zaraz się wydarzy. Klimat jest tajemniczy, pełen niedopowiedzeń, co na początku wciąga i budzi ciekawość. Niestety, im dalej w fabułę, tym bardziej moje zainteresowanie słabło. Zamiast narastającego napięcia pojawiło się wrażenie rozwlekania i braku wyraźnego kierunku. 

W centrum opowieści stoją cztery kobiety: Magda, Renata, Jagoda i Nuszka - każda z własnym bagażem doświadczeń i emocji. Każda z nich niesie w sobie inną historię - wojny, przemocy, milczenia i traumy przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Trauma nie zostaje tu wypowiedziana wprost, ale przenika codzienność bohaterek i wpływa na ich decyzje, często zupełnie niezauważalnie. Z ich historii powoli wyłania się obraz rodziny, w której nic nie dzieje się przypadkiem, a przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. To właśnie te przemilczenia, niedopowiedzenia i ukryte emocje najmocniej kształtują relacje między kobietami i sprawiają, że ich życie jest tak silnie ze sobą powiązane.

Mimo ciekawego pomysłu na pokazanie rodzinnej historii, z kilku perspektyw, miałam poczucie, że wiele wątków zostało jedynie zarysowanych, a nie w pełni rozwiniętych. Emocje bohaterek również nie zawsze wybrzmiewają tak mocno, jakby mogłyby, jak powinny... Tak, jakby autorka nie dawała im wystarczająco dużo przestrzeni, by naprawdę wybrzmiały. I właśnie, przez to wszystko, książka momentami sprawia wrażenie bardziej skrótu najważniejszych wydarzeń niż pogłębionej, dopracowanej opowieści, która pozwala czytelnikowi w pełni zanurzyć się w losy bohaterek.

Szklana jabłoń to książka z dobrym początkiem i ciekawym klimatem, ale niestety... z niewykorzystanym potencjałem. To jedna z tych historii, które zapowiadają się naprawdę dobrze, a potem stopniowo tracą swoją siłę. Dla mnie była to raczej lektura rozczarowująca, choć niepozbawiona kilku interesujących momentów.

środa, 15 kwietnia 2026

Świadectwo przetrwania

Wydawnictwo: Axis Mundi
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 176

To nie jest powieść inspirowana wojną - to autentyczne wspomnienia Gitel Hopfeld, żydowskiej kobiety, która w czasie okupacji próbowała ocalić siebie i swoje dzieci. Jej relacja jest szczera i bezpośrednia, a jednocześnie niezwykle skromna.

Gitel Hopfeld opisuje swoją wojenną tułaczkę po okupowanej Polsce, a właściwie - nieustanne balansowanie między nadzieją a rozpaczą. Ona i jej dzieci ukrywają się w stodołach, w stogach siana i w obcych domach… czasem tylko na kilka dni, czasem na dłużej. Każda kryjówka jest jednak jedynie chwilowym schronieniem, a każdy poranek może okazać się ostatnim. Towarzyszy im ciągła niepewność: czy ktoś ich zdradzi, czy Niemcy pojawią się nagle, czy dzieci zdołają znieść głód, zimno i strach, który nigdy nie odpuszcza.

Najbardziej poruszające jest to, że jej los zależy wyłącznie od ludzi, których spotyka - często zupełnie obcych. Jedni ryzykują wszystko, by jej pomóc, inni odmawiają, boją się, albo po prostu nie chcą mieć z nią nic wspólnego. Hopfeld opisuje te spotkania z wdzięcznością, ale bez idealizowania. Nie ocenia, nie oskarża - po prostu opowiada. Pokazuje świat, w którym dobro i strach istniały obok siebie, a każdy gest pomocy był aktem odwagi.

Książka pozostawia nas z refleksją, że w czasach, kiedy wszystko sprzysięgało się przeciwko przetrwaniu, ocalenie często zależało od jednego gestu, jednej decyzji i jednego człowieka. I właśnie dlatego warto ją przeczytać - by pamiętać o tych, którzy mieli odwagę pomagać, i o tych, którzy dzięki temu przeżyli.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Prawdziwa bohaterka z familoków

Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2023    
Liczba stron: 304

Magdalena Majcher opowiada historię prawdziwej lekarki, Jolanty Wadowskiej‑Król, kobiety niezwykle odważnej, która w latach 70. w Szopienicach stanęła po stronie tych, których nikt nie chciał słuchać - dzieci z familoków, zatrutych ołowiem. To nie jest zwykła powieść obyczajowa. To opowieść o determinacji, samotnej walce z systemem i o tym, jak jedna osoba może zmienić los całej społeczności.

Fabuła skupia się na pracy doktor Wadowskiej‑Król w przychodni pediatrycznej. Do jej gabinetu trafiają kolejne dzieci z niedokrwistością, opóźnione w rozwoju, słabsze niż ich rówieśnicy. Początkowo winą obarcza się biedę, zaniedbania i trudne warunki życia w familokach. Jednak po rozmowie z profesor pediatrii, lekarka zaczyna podejrzewać, że prawda jest o wiele bardziej niepokojąca. Zleca dodatkowe badania i odkrywa, że dzieci są zatrute ołowiem, a źródłem problemu jest pobliska huta.

To właśnie w tym momencie zaczyna się prawdziwy dramat. Jolanta Wadowska‑Król, kierując się troską o dzieci, decyduje się przebadać nie tylko wybraną grupę, ale wszystkie szopienickie dzieci. Wie, że to, co odkryła, może sprowadzić na nią kłopoty, ale nie potrafi odwrócić wzroku. Jej działania są jak otwarcie puszki Pandory - władze nie chcą przyznać, że huta szkodzi mieszkańcom, a ona staje się dla nich problemem. Mimo to, nie przestaje walczyć, poświęcając swój czas, prywatność, a nawet bezpieczeństwo, by ratować najmłodszych.

To, co najbardziej mnie poruszyło, to ogromna samotność tej kobiety. W świecie, w którym liczy się propaganda, a nie zdrowie ludzi, ona jedna ma odwagę powiedzieć „nie”. Jej determinacja, empatia i poczucie odpowiedzialności są niezwykłe. Majcher pokazuje ją nie jako pomnikową bohaterkę, ale jako człowieka - zmęczonego, przestraszonego, ale niezłomnego.

Trzeba również przyznać, że autorka świetnie oddaje klimat Śląska tamtych lat: familoki, ciężką pracę w hucie, biedę, ale też solidarność mieszkańców. Niemal czułam ten pył, ciasnotę mieszkań, zapach gotującej się zupy i strach matek, które nie rozumiały, dlaczego ich dzieci chorują. To wszystko sprawia, że książka jest niezwykle realistyczna i przejmująca.

To historia, która nie tylko wzrusza, ale też otwiera oczy na to, jak wiele zależy od odwagi jednostki. To opowieść o kobiecie, która mogła milczeć, ale wybrała prawdę - nawet jeśli miała ją za to spotkać kara.

niedziela, 12 kwietnia 2026

Gdy matki tracą dzieci...

Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 384

Wbrew pozorom, to nie jest książka o wojnie, jako takiej - to książka o macierzyństwie, stracie i o tym, jak daleko człowiek potrafi się posunąć, kiedy walczy o dziecko. A także - jak bardzo można kochać dziecko, nawet jeśli nie jest się jego biologiczną matką. To nie jest lekka historia do zapomnienia po zamknięciu książki, tylko taka, która zostaje w głowie i trochę... uwiera. 

W centrum historii są dwie kobiety: Maria Szaflarska i Janina Radke. Na początku dzieli je wszystko - status, charakter, sposób patrzenia na świat... Maria ma kochającego męża, dzieci, dom, stabilność. Janina - ich opiekunka, żyje w cieniu cudzej „idealności”, a co więcej - chciałaby być na miejscu Marii. Ale potem wybucha wojna. I nagle to, co je dzieliło, przestaje mieć znaczenie. Obie tracą wszystko, co najważniejsze - dzieci, dom i stabilność. Córki Marii znikają bez śladu, a i Janina zostaje porwana przez wojenną zawieruchę. Kiedy spotykają się ponownie, już po wojnie, łączy je - poza wspólną przeszłością - desperacka potrzeba odnalezienia zaginionych dzieci. 

W trakcie poszukiwań pojawia się Roman Hrabar - postać historyczna, adwokat, który odkrywa, że zniknięcia polskich dzieci były częścią niemieckiej akcji germanizacyjnej. To nadaje powieści dodatkowej głębi i realizmu.

Ta powieść mnie poruszyła. Jest emocjonalna, wciągająca i napisana tak, że czuć autentyczność wydarzeń i bohaterów. Momentami bolało czytanie o tym, jak wojna odbierała kobietom ich dzieci, ich tożsamość... ich człowieczeństwo. Maria wzbudziła we mnie ogrom współczucia - jej ból był czysty, prawdziwy, przejmujący. Janina natomiast… mimo że jej los również był tragiczny, nie potrafiłam jej polubić. Rozumiałam jej trudne doświadczenia, ale jej decyzje, tajemnice, skrywane pretensje i sposób myślenia często mnie irytowały. Jednocześnie wiem, że to wszystko czyni ją tak dobrze napisaną postacią - jest skomplikowana, niejednoznaczna, ale... prawdziwa.

sobota, 4 kwietnia 2026

Między pamięcią a ciszą

Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2026    
Liczba stron: 272

Powieść Pamięć drzewa opowiada historię dziesięcioletniego Jana, którego życie zmienia się, gdy do jego domu wprowadzają się dziadkowie. Początkowo jest to dla niego powód do radości, jednak szybko okazuje się, że w domu pojawia się napięcie, którego Jan do końca nie rozumie. Chłopiec obserwuje dorosłych, próbuje odczytać ich nastroje i zachowania, ale wiele rzeczy wymyka mu się z dziecięcej logiki. Z czasem odkrywa, że dziadek zaczyna tracić pamięć, a ta niewidzialna choroba wpływa na całą rodzinę.

Najważniejszym punktem tej historii jest relacja Jana z dziadkiem. Spędzają oni razem dużo czasu - chodzą na spacery, rozmawiają, obserwują świat i drzewa, które stają się symbolem pamięci i wspomnień. To właśnie w tych scenach widać najwięcej ciepła i autentyczności - to one nadają książce ton łagodnej melancholii.

Mimo tego nie mogę powiedzieć, że książka mnie zachwyciła. Choć temat jest poruszający, sposób jego przedstawienia nie do końca do mnie trafił. Zamiast wciągnąć mnie w świat bohatera, opowieść układała się w krótkie, szybko urywane sceny, które bardziej przypominały pojedyncze migawki niż pełną, rozwijającą się historię. Emocje pojawiały się tylko na moment, po czym znikały, zanim zdążyły naprawdę wybrzmieć. Ta fragmentaryczność sprawiła, że trudno było mi zżyć się z bohaterami i poczuć wagę ich doświadczeń - doświadczeń, które doskonale znam z własnego domu, dlatego tym bardziej liczyłam na głębsze poruszenie.

Choroba dziadka, która mogłaby stanowić emocjonalne centrum powieści, została przedstawiona bardzo subtelnie, wręcz zbyt delikatnie. Rozumiem zamysł - pokazanie świata oczami dziecka, które widzi, ale nie rozumie wszystkiego - jednak w efekcie zabrakło mi intensywności, która pozwoliłaby naprawdę wejść w tę historię. Zamiast wzruszenia pozostało wrażenie oglądania serii estetycznych, lecz ulotnych obrazów.

piątek, 3 kwietnia 2026

Mroczna układanka z obrazków

Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 272

Dziwne obrazki to jedna z tych książek, które zaczynasz czytać z ciekawości, a kończysz z poczuciem lekkiego dreszczu na plecach. Uketsu, bez skrępowania, bawi się naszymi oczekiwaniami i zmusza do myślenia... do uczestniczenia w grze.

Fabuła opiera się na serii pozornie niepowiązanych historii i tytułowych obrazków - dziwnych, niepokojących rysunków, które stopniowo zaczynają układać się w jedną, spójną i mroczną całość. Każdy z nich jest jak zagadka - trop prowadzący do czegoś znacznie bardziej przerażającego. Z czasem okazuje się, że te niewinne ilustracje skrywają historię zbrodni, traumy i ludzkich tajemnic, a wszystkie wątki łączą się w zaskakujący finał.

To, co mnie uderzyło najmocniej w tej książce, to uczucie niepokoju - takie ciche i narastające, a które nie wynika z brutalności, ale z atmosfery i niedopowiedzeń. Tę książkę nie tylko się czyta, ale wręcz analizuje - próbuje rozgryźć, a momentami wraca się do wcześniejszych stron, żeby sprawdzić, czy coś nam nie umknęło. I kiedy w końcu wszystko zaczyna się łączyć… to naprawdę robi wrażenie. Zaskakujące wrażenie. 

Dziwne obrazki są… dziwne. Ale w najlepszym możliwym sensie. To książka, która zostaje w głowie długo po tym, jak zamkniesz ostatnią stronę.

środa, 1 kwietnia 2026

Ostatni krok... na ścieżkach nadziei

Wydawnictwo: Zwierciadło
Rok wydania: 2026    
Liczba stron: 416

Kobiety z wiatru to dla mnie spokojne i przemyślane domknięcie cyklu Ścieżki nadziei. Wchodząc w tę historię, miałam wrażenie powrotu do dobrze znanego miejsca - takiego, które daje poczucie bliskości, ale jednocześnie budzi ciekawość, co jeszcze przede mną. Czuję wdzięczność, że mogłam poznać Praksedę, Anielę i Fridę oraz przejść razem z nimi przez świat, który nie zawsze pozwala swobodnie oddychać, ale mimo to uczy siły, wytrwałości i odwagi.

W III tomie Prakseda zmaga się z macierzyństwem, własnymi ambicjami i wspieraniem Edgara, który po śmierci kuzyna musi przejąć niechciany tytuł i majątek. Aniela zaś wikła się w relację niosącą poważne skutki. Próbuje uciec od samotności i pustki, ale wpada w jeszcze większy chaos. Jej historia jest tutaj najmroczniejsza i najbardziej bolesna, a jednocześnie - najbliższa memu sercu. Frida natomiast doświadcza trudnego małżeństwa i życiowych zmian. Zaczyna budować swoje życie od nowa, wśród kobiet, które ją wspierają i traktują jak równą sobie. To bez wątpienia jedna z najpiękniejszych przemian w całej serii. Każda z nich na swój sposób próbuje zawalczyć o siebie, choć nie zawsze - co oczywiste - ma ku temu warunki czy wsparcie. To, co szczególnie porusza, to ich wewnętrzna siła - cicha, często niewidoczna na pierwszy rzut oka, a jednak obecna w najtrudniejszych momentach.

Odnoszę wrażenie, że ta część jest bardziej refleksyjna i spokojniejsza w tempie, ale jednocześnie pełna trudnych emocji i napięć ukrytych między słowami. Czułam w niej ciężar decyzji, konsekwencje wcześniejszych wyborów i to nieustanne poszukiwanie własnej drogi. Autorka pięknie pokazuje, że życie rzadko daje proste odpowiedzi, a dojrzewanie do zmian bywa bolesne.

Zamykając tę książkę, miałam w sobie dużo emocji - trochę smutku, ale i nadziei. Żal było mi się rozstawać z Praksedą, Anielą i Fridą, bo przez te trzy tomy zdążyłam je naprawdę polubić i zrozumieć. Tak, nawet Anielę :) A mimo to, cieszę się, że nie będzie dalszych części - ostatnia kropka została postawiona dokładnie tam, gdzie powinna - w odpowiednim miejscu i czasie. 

poniedziałek, 30 marca 2026

W cieniu wyroku

Wydawnictwo:
 Muza
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 480

Autor - Zbyszek Nowak - zabiera nas do świata kobiet, które przekroczyły granicę, jakiej większość z nas nawet nie potrafi sobie wyobrazić - odebrały komuś życie. Ale zamiast pogonią za tanią sensacją, dostajemy coś zupełnie innego: ciszę, samotność... i ludzkie dramaty, które nie mieszczą się w prostych ocenach.

Każda rozmowa to inna historia, inne tło, inne emocje. Poznajemy nie tylko same wydarzenia, które doprowadziły do zbrodni, ale przede wszystkim drogę do niej - często naznaczoną przemocą, trudnym dzieciństwem, toksycznymi relacjami czy poczuciem bezradności. Co ważne, autor nie ocenia, nie moralizuje, nie narzuca nam - swoim odbiorcom, konkretnego punktu widzenia. 

Tym, co najbardziej mnie uderzyło, to... to, jak bardzo te historie są ludzkie. Po prostu - ludzkie. Wbrew pozorom. Pokazują, że za każdym z nich stoi człowiek z konkretnym bagażem doświadczeń. W trakcie czytania wielokrotnie łapałam się na tym, że próbuję zrozumieć, co musiało się wydarzyć, żeby ktoś znalazł się w takim miejscu swojego życia. To trudne i momentami bardzo przytłaczające, ale też niezwykle ważne. Książka otwiera oczy i serce. Nie daje prostych odpowiedzi, ale zostawia z ważnymi pytaniami - o granice, o przemoc, o odpowiedzialność, o to, jak bardzo okoliczności mogą pchnąć człowieka w stronę, z której ciężko jest zawrócić. 

To dobra książka. Dobra, bo uczciwa. Dobra, bo pokazuje, że za każdym czynem stoi człowiek, a za każdym człowiekiem historia, której nie znamy. Dobra, bo zmusza do refleksji, a nie do wydawania szybkich wyroków.

sobota, 21 marca 2026

Trzy imiona, trzy światy

Wydawnictwo: Marginesy    
Rok wydania: 2026    
Liczba stron: 496

Trzy imiona Ludki to książka, która porusza najczulsze struny i dotyka tego, co w człowieku najbardziej kruche. To opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, o ranach trudnych do nazwania oraz o ludziach, którzy pojawiają się w życiu dziecka niczym światło i cień - jedni przynoszą ukojenie i nadzieję, inni pozostawiają ślady, które nie znikają mimo upływu czasu.

Już od pierwszych stron wchodzimy w świat pełen tajemnic, niedopowiedzeń i emocji. Ludka nie jest bohaterką jednowymiarową - przeciwnie, jej historia pokazuje, jak bardzo człowiek może się zmieniać pod wpływem doświadczeń, jak różne „wersje siebie” nosimy w sobie i jak trudno czasem pogodzić przeszłość z teraźniejszością.

Książka opowiada historię dziewięcioletniej Ludki Nowak, która po II wojnie światowej trafia do Barcelony razem z grupą polskich sierot. Dzieci te zostały wcześniej porwane przez nazistów i poddane germanizacji, przez co wiele z nich straciło pamięć o swoim pochodzeniu, języku i rodzinie. W nowym miejscu Ludka stopniowo próbuje odzyskać swoją tożsamość - pomaga jej w tym przyjaźń z Emmą oraz opiekunowie, którzy organizują dla dzieci szkołę i wsparcie. Z czasem zaczynają wracać wspomnienia, a bohaterka podejmuje próbę odkrycia swojej prawdziwej przeszłości i imienia.

Ludka... jest dziewczynką, której życie naznaczone jest trudnymi doświadczeniami i koniecznością przyjmowania różnych tożsamości. Trzy imiona nie są tu tylko symbolem, ale odzwierciedleniem jej losów, zmian i prób przetrwania w świecie, który nie zawsze daje wybór. Poznajemy jej historię etapami, odkrywając kolejne warstwy przeszłości, które stopniowo układają się w poruszającą i momentami bardzo bolesną całość.

Najbardziej poruszyło mnie to, jak autorka buduje napięcie.. nie poprzez spektakularne zwroty akcji, ale przez emocje - ciche, momentami wręcz duszące. Są tu chwile niepokoju, wzruszenia, ale też refleksji nad tożsamością, pamięcią i tym, kim jesteśmy w oczach innych, a kim dla samych siebie. Czy naprawdę mamy jedno życie i jedną historię, czy może kilka równoległych, które splatają się w jedną opowieść?

Książka ta - oparta na prawdziwych wydarzeniach - pokazuje losy dzieci, którym wojna odebrała rodzinę i poczucie przynależności. Pokazuje, jak silny może być wpływ wojny na psychikę dziecka oraz jak trudne jest odbudowanie poczucia przynależności. Jednocześnie jest to opowieść o nadziei, przyjaźni i wewnętrznej sile, która pozwala odnaleźć swoje miejsce w świecie mimo traumatycznych doświadczeń. To jedna z tych książek, które nie krzyczą, tylko szepczą - i właśnie dlatego trafiają tak celnie.

wtorek, 10 marca 2026

W cieniu wojny

Wydawnictwo: We need YA
Rok wydania: 2023
Liczba stron: 414

Ta książka wciąga od razu - jest intensywna, pełna trudnych emocji, bólu, strachu i tej cichej... upartej nadziei. I choć bez wątpienia, jest to opowieść o okrucieństwie wojny, to przede wszystkim, jest to historia o młodej dziewczynie, która próbuje odnaleźć sens w świecie, w którym wszystko zostało wywrócone do góry nogami.

Główna bohaterka - Salama, jeszcze niedawno była studentką farmacji. Miała marzenia, plany na przyszłość i spokojne życie. Wszystko zmienia się w momencie, gdy w Syrii wybucha rewolucja. Zamiast studiować i myśleć o przyszłości, Salama zaczyna pracować jako wolontariuszka w szpitalu, gdzie każdego dnia walczy o życie rannych. Widzi cierpienie, śmierć i strach. Jej  codzienność to ciągłe balansowanie między obowiązkiem a lękiem... między chęcią ucieczki a lojalnością wobec tych, których kocha. 

Każdy rozdział dokłada kolejną cegiełkę do obrazu świata, który pęka w szwach, a mimo to w tej historii pojawia się też wątek miłosny - subtelny, delikatny, nieprzesłodzony. To nie jest romans, który przykrywa tragedię. To raczej maleńki promień światła, który pozwala bohaterce nie zwariować i przypomina, że nawet w najciemniejszych czasach - wśród ruin, można znaleźć przestrzeń na czułość, miłość, przyjaźń i nadzieję.

Zoulfa Katouh pisze w sposób obrazowy i emocjonalny. Jej styl jest lekki, ale jednocześnie pełen ciężaru - takiego, który skłania do refleksji. Autorka nie ucieka od trudnych tematów, ale też nie epatuje brutalnością. Zamiast tego pokazuje wojnę oczami zwykłych ludzi, którzy chcą tylko przetrwać kolejny dzień. I właśnie to sprawia, że ta historia tak mocno uderza - bo jest prawdziwa w swojej prostocie, w emocjach, w codziennych wyborach, które dla bohaterów stają się kwestią życia i śmierci.

Książka zostawia po sobie ślad. Taki cichy, ale uporczywy - jakby coś w środku przesunęło się o milimetr i już nie wróciło na swoje miejsce. Dopóki rosną cytrynowe drzewa to opowieść, która boli i jednocześnie zmusza do zatrzymania się na chwilę. Przypomina, że nawet w świecie pełnym chaosu istnieją rzeczy, które dają siłę, by kochać, walczyć i wierzyć, że gdzieś tam, za horyzontem, czeka lepsze jutro. Symboliczne cytrynowe drzewa stają się właśnie takim przypomnieniem, że życie mimo wszystko wciąż trwa, a nadzieja może przetrwać nawet w świecie ogarniętym wojną.