Pages - Menu

wtorek, 16 czerwca 2026

Maria... nie legenda

Wydawnictwo: Lind&Co
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 43

To książka, którą czyta się tak, jakby ktoś uchylił drzwi do cudzego domu - nie po to, by podglądać, ale by zrozumieć, jak wygląda codzienność kogoś, kogo znamy tylko z pomników, nazw ulic i szkolnych podręczników.

Eve Curie nie pisze o matce jak o legendzie. Pisze o niej jak o kobiecie z krwi i kości: upartej, cichej, skupionej, czasem surowej, a jednocześnie delikatnej w sposób, którego nie widać na żadnym z tych słynnych zdjęć, gdzie patrzy w obiektyw z powagą człowieka, który wie, że niesie na barkach coś większego niż własne życie.

To nie jest biografia naukowa. To opowieść córki, która próbuje zrozumieć matkę, choć ta zawsze była trochę nieobecna - nie z braku miłości, ale z powodu pracy, która pochłaniała ją bez reszty. Nie idealizuje jej na siłę... W książce czuć mieszaninę podziwu i tęsknoty: dziecko, które patrzy na matkę jak na zjawisko, i dorosła kobieta, która dopiero po latach widzi cenę, jaką Maria płaciła za swoje odkrycia.

Książka nie jest przesadnie patetyczna, nie próbuje budować mitu. Wręcz przeciwnie - rozbraja go, pokazując, że za wielkością stoi samotność, zmęczenie, upór i ogromna, cicha siła. Czytając, ma się wrażenie, że Eve Curie nie tyle pisze o matce, ile próbuje ją ocalić przed zapomnieniem w tej najbardziej ludzkiej wersji: nie jako ikonę nauki, ale jako osobę, która kochała, bała się, walczyła i czasem po prostu chciała odpocząć.

niedziela, 14 czerwca 2026

Miała porwać, a tylko przepłynęła obok

Wydawnictwo: Literackie    
Rok wydania: 2026  
Liczba stron: 520

Isola była dla mnie obietnicą czegoś wielkiego - samotność na wyspie, dramat... kobieta rzucona na pastwę losu. I ja naprawdę chciałam w to wejść. Chciałam czuć sól na skórze, strach, desperację... tę surowość, która aż powinna ciąć po palcach. A dostałam historię, która zamiast wciągać, po prostu… przepływała obok. 

Przez większą część lektury czekałam, aż w końcu wydarzy się coś, co mnie zaangażuje. Niestety, zamiast rosnącego napięcia dostawałam kolejne opisy i rozważania, które mnie nużyły. Kilka razy odkładałam książkę na bok i nie miałam większej potrzeby do niej wracać. A to dla mnie zawsze znak, że coś nie zagrało.

Książka opowiada o Marguerite de la Rocque, młodej Francuzce, która wbrew oczekiwaniom swojego opiekuna, zakochuje się w niewłaściwej osobie. Kara jest okrutna - zostaje porzucona na bezludnej wyspie u wybrzeży Kanady. Brzmi jak początek historii, od której nie da się oderwać, prawda? Niestety, w praktyce wszystko to wypada dużo mniej intensywnie. Przez większość książki zwyczajnie się nudziłam. Akcja toczy się powoli, a wiele scen wydaje się niepotrzebnie rozwleczonych. Co gorsza, nie potrafiłam zbliżyć się do bohaterów. Obserwowałam ich losy z boku, bez większych emocji i zaangażowania.

Doceniam historyczne tło i fakt, że autorka sięgnęła po mało znaną, autentyczną historię. Sama Marguerite naprawdę ma w sobie coś magnetycznego - jej upór i siła robią wrażenie. Tylko że mimo tego wszystkiego, książka zwyczajnie mnie zmęczyła.

Widać, że autorka włożyła dużo pracy w odtworzenie realiów epoki. Mam jednak wrażenie, że większe emocje wzbudziło we mnie przeczytanie krótkiego opisu prawdziwych wydarzeń niż kilkaset stron samej książki.