Rok wydania: 2026
Liczba stron: 520
Isola była dla mnie obietnicą czegoś wielkiego - samotność na wyspie, dramat... kobieta rzucona na pastwę losu. I ja naprawdę chciałam w to wejść. Chciałam czuć sól na skórze, strach, desperację... tę surowość, która aż powinna ciąć po palcach. A dostałam historię, która zamiast wciągać, po prostu… przepływała obok.
Przez większą część lektury czekałam, aż w końcu wydarzy się coś, co mnie zaangażuje. Niestety, zamiast rosnącego napięcia dostawałam kolejne opisy i rozważania, które mnie nużyły. Kilka razy odkładałam książkę na bok i nie miałam większej potrzeby do niej wracać. A to dla mnie zawsze znak, że coś nie zagrało.
Książka opowiada o Marguerite de la Rocque, młodej Francuzce, która wbrew oczekiwaniom swojego opiekuna, zakochuje się w niewłaściwej osobie. Kara jest okrutna - zostaje porzucona na bezludnej wyspie u wybrzeży Kanady. Brzmi jak początek historii, od której nie da się oderwać, prawda? Niestety, w praktyce wszystko to wypada dużo mniej intensywnie. Przez większość książki zwyczajnie się nudziłam. Akcja toczy się powoli, a wiele scen wydaje się niepotrzebnie rozwleczonych. Co gorsza, nie potrafiłam zbliżyć się do bohaterów. Obserwowałam ich losy z boku, bez większych emocji i zaangażowania.
Doceniam historyczne tło i fakt, że autorka sięgnęła po mało znaną, autentyczną historię. Sama Marguerite naprawdę ma w sobie coś magnetycznego - jej upór i siła robią wrażenie. Tylko że mimo tego wszystkiego, książka zwyczajnie mnie zmęczyła.
Widać, że autorka włożyła dużo pracy w odtworzenie realiów epoki. Mam jednak wrażenie, że większe emocje wzbudziło we mnie przeczytanie krótkiego opisu prawdziwych wydarzeń niż kilkaset stron samej książki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz