Pages - Menu

środa, 14 czerwca 2017

Nauka kontra religia

Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 536

No i mam dylemat. Nie bardzo wiem, jak ocenić tę książkę. Ona nie jest zła, właściwie to jest całkiem dobra, ale chyba spodziewałam się czegoś innego i przez to Misja encyklopedia zupełnie mnie nie porwała. Liczyłam na wartką powieść akcji, przepełnioną pojedynkami i spiskami - niczym w Trzech muszkieterach, a tymczasem otrzymałam... traktat filozoficzny.

Hiszpańska Akademia Królewska specjalizująca się w tworzeniu słowników, dbaniu o gramatykę i ortografię, postanawia sprowadzić do Hiszpanii Wielką Encyklopedię Francuską - jedno z tych twórczych i znaczących, rzadkich w historii ludzkości dzieł, które oświecają swych czytelników i otwierają wrota do szczęśliwości, kultury i postępu narodów (s. 30). I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż to 28 tomowe dzieło znajduje się na indeksie ksiąg zakazanych przez Święte Oficjum. Dla kościoła Encyklopedia to potok niewiary i bezbożności, który obraża całą tradycję i wszystko, co uczciwe (s. 41). I z tego właśnie powodu, sprowadzenie Encyklopedii staje się misją tajną i niebezpieczną, a do jej wykonania zobowiazano dwóch akademików - bibliotekarza don Hermógenesa Molinę oraz admirała don Pedro Zárate. 

Fabuła i intryga powieści nie są szczególnie zawiłe, mimo to nie jest to powiesć, którą czyta się błyskawicznie. Nadmiar niekonczących się rozmów o sprawach fundamenalnych, takich jak - władza, religia czy nierówność społeczna, sprawiają że książka staje się miejscami nudnawa, a my czujemy się znużeni. Dla mnie osobiście najbardziej interesująca była sama końcówka powieści, gdyż nie tylko najwięcej się tam działo, ale... jak się działo! Był pojedynek, oskarżenie o szpiegostwo i pościg. Na takie wydarzenia czekałam od samego początku i żałuję, że autor "zaserwował" je tak późno i w tak ograniczonej ilości. Te fragmenty naprawdę dobrze mi się czytało i myślę, że gdyby było ich więcej, odbiór książki byłby zupełnie inny. 

Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie konstrukcja książki. Autor zdecydował się na coś, z czym rzadko spotykamy się w tego typu powieściach. A mianowicie - zaprosił nas za kulisy swojej książki. Pokazał, jak wpadł na pomysł i jak wyglądała jego praca. Na czym się skupiał i co było dla niego ważne. Gdzie szukal informacji i inspiracji. Taki zabieg bez wątpienia obnaża narratora, jednak z drugiej strony sprawia, że bardziej go doceniamy, kiedy widzimy, ile wysiłku i zaangażowania potrzeba, aby napisać książkę. Okazuje się, że to wcale nie takie proste i czasem sam pomysł nie wystaczy, zwłaszcza, tak jak w tym przypadku, kiedy autor sięga po fakty historyczne.

środa, 7 czerwca 2017

Arthur i jego podróż

Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 352

To kolejna książka, która trafiła do mnie ponieważ zachwyciłam się jej okładką. Niby taka prosta i zwyczajna, a jednak... coś w sobie ma. Wcześniej o tej książce nie słyszałam - mam ją z wymiany, także nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Ale zaryzykowałam i bardzo się z tego cieszę, bo niezwykle mocno polubiłam Athura Peppera.

Arthur Pepper ma 69 lat i od roku jest wdowcem. Prowadzi spokojne, dość rutynowe życie. Pomimo upływu czasu, Arthur wciąż jeszcze nie pogodził się z odejściem żony, z którą przeżył 40 cudownych lat:
Rozpaczliwie tęsknił za kobietą, którą kochał [...] Dom bez niej przestał być domem. To tylko ściany, dywan i krzątający się tam głupi stary dziad. (s.271)
Pewnego dnia jednak postanawia uporządkować jej rzeczy. Wie, że musi się z tym zmierzyć, ale nie jest to dla niego łatwe zadanie. Właściwie jest to pomysł jego córki, która uważa, że pomoże mu to poczuć się lepiej i ruszyć dalej. I wtedy właśnie trafia na tajemniczą bransoletkę, której nigdy wcześniej nie widział:
Wydawała się stara. Pięknej roboty. Każdy detal na przywieszkach miał wyraźny kształt. Arthur wytężył pamięć, ale nie mógł sobie przypomnieć, żeby Miriam kiedykolwiek coś takiego nosiła albo pokazala mu któryś z wisiorków. (s.15)
To niespodziewane odkrycie powoduje, że Arthur podejmuje działania, na które nigdy wcześniej by się nie zdecydował. Bransoletka budzi w nim potrzebę, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o swojej żone. Czegoś o czym ona nigdy wcześniej nie opowiadała. I tak rozpoczyna się jego podróż, której kierunek nadają zawieszki z bransoletki. Jest to podróż egzotyczna i oczyszczająca. Arthur odkrywa niezwykłą przeszłość swojej żony, ale również na nowo poznaje siebie. Każda napotkana osoba, każda historia, której wysłuchuje - zmieniają jego postrzeganie świata i siebie samego. Odnawia też kontakty z dziećmi, które do tej pory nie należały do najbardziej udanych. Przede wszystkim zaś zaczyna cieszyć się życiem, dostrzegać i doceniać, to co ma i to, kim jest.

Osobliwe szczęście Arthura Peppera to niezwykła książka - mądra, wzruszajaca i piękna. Niby lekka, a jednak niosąca ukryte przesłanie i ogromną dawkę pozytywnej energii. Ważne, aby zrozumieć, że pomimo odejścia bliskiej osoby, nasze życie nadal może być piękne i wartościowe. A my szczęśliwi i spełnieni. Trzeba tylko dać sobie szansę.

środa, 31 maja 2017

Moje majowe nowości :)


Już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła je wszystkie przeczytać. Póki co, udało mi się to tylko w przypadku 2 książek: Zła miłość (recenzja tutaj) oraz Polska odwraca oczy (recenzja tutaj). Bardzo boję się książki Witolda Szabłowskiego Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia. Jakiś czas temu widziałam film Wołyń Smarzowskiego i przyznaję, że do tej pory nie potrafię o nim zapomnieć. Ani się pozbierać. Boję się, że książka wywoła u mnie podobne emocje.

wtorek, 30 maja 2017

Polska naszych czasów


Wydawnictwo: Świat Książki 
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 234

Sięgając po te reportaże mniej więcej wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Książka cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, także docierały do mnie relacje i opinie innych. Poza tym, niektóre z tych reportaży udało mi się śledzić na bieżąco, kiedy poruszane były w telewizji. A mimo to, książka była dla mnie dużym wstrząsem. Ogromnym ciosem w serce, po którym ciężko mi się pozbierać. I nie wiem, co bardziej mnie przeraża - to, jak do tego w ogóle mogło dość? Czy raczej to - dlaczego odwracamy oczy, udając, że tego wszystkiego nie widzimy?

W zbiorze Polska odwraca oczy Justyna Kopińska powraca do bulwersujących spraw, którymi w ostatnich latach żyła cała Polska. Większość tych tekstów zwraca uwagę na całkowity brak odpowiedzialności za złe działania i równie złe decyzje. Kopińska obnaża niedoskonałości polskiego systemu prawnego. Pokazuje bezbronność jednostki wobec władzy, której opieszałość i absurdalność niszczą w człowieku wiarę w dobro i sprawiedliwość.

Reportaży jest w sumie 16, a wśród nich m.in. rozmowa z żoną Trynkiewicza, "metody wychowawcze" siostry Bernadetty,  wymuszanie przez prezydenta Zduńskiej Woli łapówek od podwładnych w zamian za pracę czy sprawa gwałtu na tłumaczce ze szpitala w Elblągu. Wszystkie mocne, bardzo ciekawe i wciągające, a zarazem wstrząsające i skłaniające do refleksji - do zastanowienia się, w jakim świecie żyjemy i jakimi ludźmi się otaczamy.  

Nie potrafię wskazać, który reportaż był dla mniej najtrudniejszy, najbardziej bulwersujący. Wszystkie bowiem zawierały fragmenty, które musiałam czytać po kilka razy, bo nie mogłam uwierzyć w to, co czytam:
Mariusz nie jest psychopatą, ludzie nie biorą pod uwagę, że po pierwsze, te zabójstwa były dawno, a po drugie nie wiadomo, kim obecnie byłyby te dzieci. Może wyrosłyby na zabójców lub złodziei. Kto włóczy się samotnie przy rzece w wieku kilkunastu lat? To jest dopiero brak odpowiedzialności. (reportaż o Trynkiewiczu, s.18)
I dalej, w tym samym reportażu, czytamy: Według mnie w przypadku osiemdziesięciu procent molestowań i gwałtów ofiara sama jest sobie winna. Nikt mi nie wmówi, że jak dzieci idą samotnie do księdza na plebanie, to nie przeczuwają, że coś złego może się wydarzyć. Dzieci to nie są głupie owieczki. Przecież jak kobieta biegnie po lesie kabackim w legginsach lub czeka na autobus nocny pod wpływem alkoholu, to sama prosi się o gwałt. (s.18-19)
Statystyki w policji w ogóle odgrywają zbyt dużą rolę. Dochodzi do absurdów. Na przykład policjanci mają złe wyniki przestępstw korupcyjnych, nie wykryli żadnych ważnych spraw. Więc szukają na siłę. Raz znaleźli pijanego staruszka obok supermarketu. Chyba bezdomny człowiek. Obudzili go, a on wyjął banknot i wybełkotał: Panowie zostawcie mnie. Pewnie nawet nie był świadomy, co robi. Ale aresztowali go za próbę przekupstwa policjantów. (reportaż o statystykach w policji, s.62) 
W ośrodku  dzieci gwałciły się niemal codziennie. Długopisami, ołówkami, butelkami. I już nie będą żyć normalnie. Wszyscy przymykali oczy. Tak zwane dobre siostry, które tam pracowały, a które same bały się Bernadetty, nauczyciele, psycholodzy i inny. Nie wierzę, że nikt o tym nie wiedział. Po prostu ludzie nie chcą się mieszać. Nie wierzą, że potrafią coś zmienić. (reportaż o wychowankach siostry Bernadetty, s.156)
Funkcjonariuszka pytała, czy na pewno sama tego nie chciałam. Sugerowała, że zmyślam, bo ona krzyczałaby głośniej i pobiłaby gwałciciela. Tłumaczyłam, ze był zbyt silny, byłam przerażona, dostałam ataku padaczki. Ale te słowa jakby do niej nie docierały. Powtarzała, żebym nie opowiadała nic, czego nie jestem pewna na sto procent, no jeszcze oskarżę niewinnego człowieka. Wyraźnie sugerowała, że powinnam o tym zapomnieć,bo do sytuacji doszło w trakcie zabawy. (reportaż o gwałcie na tłumaczce z Elbląga, s.203)
Ogromnym plusem tej książki jest podejście Kopińskiej. Ona nie ocenia, nie upiększa i nie moralizuje. W sposób rzeczowy pokazuje prawdziwe historie, które dla wielu pozostają tematem tabu czy niewygodnymi prawdami. W swym dociekaniu prawdy nie opiera się na sensacji czy medialnym obrazie. Ona idzie dalej, drąży głębiej.

To nie jest łatwa książka. Nie czyta się jej lekko i przyjemnie. Czasem potrzebne są momenty odpoczynku - chwile na wzięcie głębszego oddechu. Ale... WARTO ją przeczytać. Zdecydowanie.

piątek, 26 maja 2017

W szponach toksyczności

Wydawnictwo: Burda Publishing Polska
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 300

To jedna z tych książek, które kupiłam wyłącznie ze względu na okładkę. Tak bardzo mnie ona zachwyciła, że nawet tytuł, który kojarzy mi się z tanim romansidłem, nie mógł mnie odstraszyć. Ostatecznie jednak książka okazała się całkiem udanym zakupem. Może mnie nie zachwyciła, ale... dobrze mi się czytało.

W dniu swoich 5 urodzin Marzena dostaje wielkie pianino. Czuje się zaskoczona takim prezentem, bo zupełnie nie wie, po co jej ono. Przecież nie potrafi grać. Nigdy nawet nie planowała muzycznej kariery. Za to jej matka - Joanna, owszem. Co prawda, to ona miała zostać wielką pianistką, koncertować i błyszczeć na scenie, ale skoro jej się to nie udało, wymyśliła sobie, że Marzenka nią zostanie: 
Żeby żyć godnie, trzeba być kimś. Wiesz, jak tylko się urodziłaś, rozważałam dla ciebie dwie drogi kariery: muzyczną albo prawniczą, gdyby się okazało, że nie odziedziczyłaś po mnie zdolności artystycznych.. Jednak, dzięki Bogu, bo modliłam się o to nieustannie, masz i słuch, i talent. Będziesz wielką pianistką, zobaczysz. Już ja o to zadbam. (s.56)
Matka zabrała jej wszystkie zabawki. Zabroniła też widywać się z przyjaciółkami, a mimo to, jak to dziecko, Marzenka wierzyła, że matka chce dla niej dobrze. Pokornie więc poddawała się wszystkim jej nakazom i zakazom. Nie potrafiła oddzielić swych pragnień, od pragnień matki, jej opinii od swoich. Na ojca nie mogła liczyć, bo choć był dla niej dobry i wyrozumiały, to jednak nie potrafił walczyć. Nie potrafił przeciwstawić się własnej, nieznoszącej sprzeciwu, żonie.

Jedyną sojuszniczkę Marzenka odnalazła w osobie babci Anieli - genialnie wykreowanej postaci. Tylko z babcią mogła porozmawiać szczerze i otwarcie. Tylko ona chciała i próbowała ją zrozumieć. Często przymykała oko na to, co z pewnością nie uszłoby w obecności mamy Marzenki. Na więcej też pozwalała, a jak trzeba było, to i ratowała z opresji.

Z czasem jednak, kiedy wrodzony wszystkim dzieciom bezkrytycyzm, zaczęły wypierać próby analizowania rzeczywistości, Marzenka zaczyna się buntować. I choć trochę czasu jej to zajęło, w końcu zrozumiała, że postępowanie matki nie jest ani dobre, ani prawidłowe. Jednak czy wystarczy jej siły i determinacji, aby odciąć się od tej toksycznej miłości? Przecież nie raz już matce wybaczała - bicie, brak matczynych uczuć. Nie raz też ją tłumaczyła.

Zła miłość to dramatyczna opowieść o zabranym dzieciństwie. O życiu dziecka w cieniu matki. A jednocześnie, to opowieść o tym, że każdy powinien iść własną drogą. Żyć własnymi marzeniami i samemu o sobie decydować. Początkowo czułam ogromny żal do matki Marzenki. Byłam na nią wściekła, że swoje niezrealizowane plany i marzenia przerzuca na swoją córkę, ograniczając ją tym samym. Nie pozwalając rozwinąć własnych skrzydeł. Z czasem jednak zrozumiałam, że i ona została skrzywdzona, a dziś jedynie powtarza błędy swojej matki. Co prawda, jej krzywda była ciut innej natury, ale to wystarczyło, aby zatraciła się w swoich ambicjach. To daje do myślenia. Pokazuje, jak każda nasza decyzja wpływa na życie innych. Nawet ta pozornie nieszkodliwa. Może nie jest to lektura wybitnych lotów, ale mimo to, można z niej wyłapać wiele cennych rad i mądrości, dlatego warto po nią sięgnąć.

czwartek, 18 maja 2017

Kozły, Strzygi, Kikimory, czyli o tym jak na końcu świata Słaboniowa za diabłami "lata"

Wydawnictwo: Oficynka
Rok wydania:
 2013
Liczba stron: 448

Fantastyka nie jest moją mocną stroną, dlatego raczej po nią nie sięgam, ale tej książki nijak nie mogłam sobie odmówić. Owszem, próbowałam, ale jak widać... nie wyszło. Po pierwsze dlatego, że dużo dobrych opinii o niej słyszałam. A po drugie - nie jest to taka typowa fantastyka, przynajmniej w moim odczuciu. Nie znajdziemy tu młodocianych czarodziejów, wilkołaków, elfów czy innych krasnoludów. Nie, nie... to nie ten kierunek. Tutaj spotykamy coś lepszego - Kozły, Kikimory, Strzygi, Czarownice i Zmory, czyli postaci zaczerpnięte z mitologii słowiańskiej.

Akcja powieści rozgrywa się w niewielkiej wsi - Capówka, leżącej gdzieś na wschodzie kraju, gdzie nowoczesność walczy z tradycją, a dawne wierzenia i zabobony ze słowami księdza głoszonymi z ambony. Zdawać by się mogło, że życie mieszkańców Capówki toczy się leniwie i spokojnie, wręcz sennie. Ale tak nie jest, bo we wsi od czasu do czasu harcują moce nieczyste - przebiegłe istoty, cieszące się z ludzkiego nieszczęścia. A kiedy tak harcują to ani ksiądz, ani lekarz, ani nawet policjant nie pomogą, ino stara Słaboniowa. Teofila, z domu Maciorkowska, która wie wszystko o siłach diabelskich i sprawach nadprzyrodzonych.

Przez swoich sąsiadów, Słaboniowa zwana jest wiedźmą, co to urok rzucić potrafi i do kościoła nie chodzi, ale w gruncie rzeczy, nikt się jej nie boi. A kiedy trzeba, to po radę i na herbatkę zajdą:
Ludzie różnie gadajo – powiedziała Słaboniowa. – Niby w zabobony tera już wierzyć nie idzie, ale jak przyjdzie co do czego, to ratunku i u starej baby poszukajo. Ja już nie takie rzeczy widziała. 
Słaboniowa to prosta, typowo wiejska kobieta. Taka zwyczajna, chciałoby się rzecz, ale to nie do końca prawda, bo Słaboniowa skrywa pewną mroczną tajemnicę i wiele wskazuje na to, że Kozła - tego najgorszego z najgorszych, zna całkiem dobrze. Poza tym jest całkiem odważna, bystra i spostrzegawcza. Czasem się obraża, ale na krótko. No i wygarnąć potrafi, jeśli trzeba. Jest też bardzo stara, sama nie wie, ile właściwie ma lat. Już dawno przestała liczyć. I choć zmęczona jest już życiem i reumatyzmem, i umierać by chciała, do męża dołączyć - nie będzie jej to dane, bo Słaboniowa, jak nikt inny ma zadanie do wykonania. Całej wsi strzec musi, bo tylko ona wie, jak z diabłem rozmawiać, jak przekupić kikimorę lub przepędzić zmorę. Egzorcyzmy też przeprowadzać będzie, bo księdzu tylko kawa i jedzenie w głowie. A i zagadkę morderstwa rozwiąże. I Południcy odejść pomoże. Trzeba przyznać, że stara Słaboniowa będzie miała ręce pełne roboty.

Stara Słaboniowa i spiekładuchy to niesamowita, nietypowa i paskudnie wciągająca powieść. Tutaj nie ma niczego sztucznego czy przerysowanego. Wszystko idealnie trafia w swój czas i miejsce. Idealny też jest język, czyli żywa, wiejska gwara (inaczej być nie mogło, prawda?), którą dziś już mało kto się posługuje. Co ważne, nie stanowi to żadnego utrudnienia w czytaniu, wręcz przeciwnie - sprawia, że mocniej wczuwamy się w realia, w ten swojski klimat. A jak już przy klimacie jesteśmy, nie mogę nie wspomnieć o niezwykłych ilustracjach zamieszczonych w książce, a stworzonych osobiście przez samą autorkę. To bez wątpienia bardzo przyjemny dodatek, który znacznie ułatwia wyobrażenie sobie tego, czy innego czorta.




















Zdecydowanie polecam!

----------------------
Gratuluję autorce warsztatu literackiego (pisałam już, że to debiut p. Łańcuckiej? Nie... no to już wiecie), wyobraźni i cudownej kreacji starej Słaboniowej. Cieszę się, że sięgnęła Pani po coś tak niesłychanie ciekawego, a dziś zupełnie zapomnianego i pomijanego, czyli po mitologię słowiańską. Uwielbiam Panią i Teofilę, rzecz jasna. I jeśli mogę... mam jedną prośbę - Pani Łańcucka, niech Pani napisze drugą część, bo ledwie skończyłam czytać, a już za Słaboniową tęsknie!

wtorek, 16 maja 2017

W cieniu tyrana

Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 656

Jej ojca - jednego z najbardziej krwawych zbrodniarzy XX wieku - zna każdy. Lub prawie każdy. Lecz jej imię dla większości pozostaje nieznane. Ona sama starała się uciec od rozgłosu bycia córką komunistycznego dyktatora. Nie chciała być postrzegana przez pryzmat swego nazwiska - jego nazwiska. Czy jej się to udało? I kim właściwie była... córka Stalina? Czy rzeczywiście żyła, jak księżniczka?

Swietłana była najmłodszym dzieckiem Stalina. Jego jedyną, ukochaną córeczką. Nazywał ją "wróbelkiem" czy też "Swietanką". Jej wczesne dzieciństwo było szczęśliwe i beztroskie. Było też niezwykle tłoczne - obok niej zawsze pełno było ciotek, wujków, kuzynów i przyjaciół rodziców. Swietłana mieszkała na Kremlu, posiadała służbę, miała najlepszych nauczycieli, guwernantki i swoją ukochaną nianię. Z czasem jednak jej życie rodzinne zaczęło nabierać ciemniejszych barw. Gdy miała zaledwie 6 lat, jej matka - Nadieżda Alliłujewa - popełniła samobójstwo. Od tej pory życie Swietłany dzieli się na dwa etapy - przed i po śmierci matki.

Niełatwy charakter jej ojca pogorszył się wtedy już na zawsze. Czasami nie widywała go tygodniami. Tym, którzy opiekowali się Swietłaną i jej bratem, przykazał, aby ich nie rozpieszczali i nie przyzwyczajali do luksusu. A jednak Swietłana była wówczas przywiązana do ojca. Kochała go i czuła, że on również ją kocha (na swój surowy sposób). Była mu posłuszna. Pilnie się uczyła i przynosiła dobre stopnie. Któregoś dnia jednak wszystko się zmienia i na wyidealizowanym wizerunku ojca zaczynają pojawiać się rysy. Swietłana zaczyna dostrzegać jego okrucieństwo i podłość. Wokół niej zaczęli ginąć ludzie - ofiary czystki. Byli to nie tylko zwykli obywatele, ale i członkowie jej rodziny - ciotki i wujkowie. Osoby dobrze jej znane i przez nią kochane. Swietłana nie mogła już dłużej słuchać ojca, nie chciała napawać go dumą. W poszukiwaniu spełnienia i miłości, rzucała się w ramiona kolejnych mężczyzn, przeżywając burzliwe miłości. Zazwyczaj jednak jej związki kończyły się katastrofą.

Po śmierci Stalina w 1953 roku, Swietłana próbowała odnaleźć własną drogę życiową. Odcięła się od swych korzeni, przyjmując nazwisko matki - Alliłujewa. Mimo to, nadal cieszyła się pewnymi przywilejami, których jej nie odebrano. W 1967 roku, doprowadzona do ostateczności, Swietłana ucieka do USA, pozostawiając w kraju dwójkę dzieci, które nigdy jej tego nie wybaczą. Wierzyła, że nowy kraj zapewni jej "nowy start", tak się jednak nie stało. Nie znalazła upragnionego szczęścia. Wiele razy się przekonała, że gdziekolwiek by się nie udała, zawsze będzie postrzegana, jako córka Stalina.

Rosemary Sullivan stworzyła niezwykłą opowieść o kobiecie, która całe życie spędziła w cieniu wielkiego tyrana - swego ojca. Opowieść trudną i emocjonalną, a zarazem barwną i intrygującą. Z jednej strony Swietłana jawi się nam, jako osoba silna i zdeterminowana, ale z drugiej wydaje się być zagubiona i samotna. Usilnie próbowała znaleźć miłość i akceptację, jednak z nikim nie potrafiła stworzyć trwałej relacji. Nawet z własnymi dziećmi. Czasami było mi jej żal, ale zaraz potem dostrzegałam jej wybuchowość i trudny charakter. Odnoszę wrażenie, że była bardziej podobna do ojca, niż przypuszczała lub... chciała się do tego przyznać. Bez wątpienia Stalin miał ogromny wpływ na to, kim się stała i jaka była.

Książka wciąga już od pierwszych stron. Zachwyca bogactwem informacji, które autorka dogłębnie zbadała na przestrzeni wielu lat - odwiedzając miejsca związane ze Swietłaną oraz rozmawiając z jej krewnymi i przyjaciółmi. To ogromna i szczegółowa biografia, którą bardzo dobrze się czyta. Ona nie przytłacza i nie nudzi. To kawał dobrej roboty.

*zdjęcie Swietłany ze Stalinem pochodzi z wikipedii

środa, 10 maja 2017

Nie oceniaj książki po okładce

Wydawnictwo: Między Słowami
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 512

Patrząc na okładkę tej książki zastanawiam się, jak ona ma się do treści? Jest ładna i przyciąga wzrok - to prawda, ale to nie zmienia faktu, że nie potrafię znaleźć powiązania. Wiem, że to może nie jest aż tak istotne i niepotrzebnie się czepiam, wszak nie wpływa to na treść książki, ale... mimo wszystko jest to dla mnie dość znaczący minus. Podobnie zresztą, jak opis na tylnej okładce. Odnoszę wrażenie, że krzywdzi książkę. Nie jest zbyt zachęcający i podobnie, jak okładka, nie oddaje rzeczywistego klimatu całej historii. Gdybym kierowała się wyłącznie tymże opisem, z pewnością ominęłabym książkę szerokim łukiem. A to naprawdę jest dobra powieść. Wciągająca i wzruszająca. Ukazująca pisarstwo Jojo Moyes z zupełnie innej perspektywy.

W Dziewczynie, którą kochałeś śledzimy losy dwóch kobiet, żyjących w innym miejscu i czasie - Sophie i Liv. Sophie jest Francuzką i wraz z siostrą prowadzi mały hotelik na północy Francji, w miasteczku St Péronne. Zewsząd otacza je strach i głód, bo właśnie trwa I wojna światowa, a kraj okupowany jest przez Niemców. Początkowo  miejscowa ludność stara się wzajemnie wspierać w tych ciężkich czasach, lecz kiedy nowy komendant stacjonującego w miasteczku wojska, każe siostrom przygotowywać posiłki dla oficerów, zaczynają one odczuwać społeczne odtrącenie. I nie ważne, że tak naprawdę nie miały wyboru, bo przecież z wrogiem się nie dyskutuje - dla sąsiadów staje się jasne, że kolaborują z Niemcami. Na domiar złego, Sophie wpada w oko komendantowi, którego zachwyca również przedstawiający ją obraz, namalowany przez jej ukochanego męża.

Liv - żyjąca w czasach nam współczesnych - jest młodą wdową, która pomimo upływu czasu, nie potrafi pogodzić się ze swoją stratą. Wciąż żyje przeszłością i nie do końca wie, co ma zrobić ze swoim życiem. Jej mąż był zdolnym architektem, zbudował dla nich dom, na który teraz jej nie stać. Właściwie to na wiele rzeczy jej już nie stać. Pewnego dnia wszystko się jednak zmienia. Jej życie ponownie nabiera barw. Liv poznaje Paula... Lecz szczęście nie trwa zbyt długo. Poróżnia ich obraz, który zdobi sypialnię Liv. Ten sam, który sto lat wcześniej wisiał na ścianie hotelu Sophie, a który teraz próbują odzyskać jej dalecy spadkobiercy. Jednak Liv nie zamierza oddać go bez walki, zbyt wiele on dla niej znaczy.

Dziewczyna, którą kochałeś to dobrze napisana, wielopłaszczyznowa opowieść o życiu i miłości, o tęsknocie i nadziei. To opowieść o walce i wierze, odwadze i o poświęceniu. Wszystko tutaj ma swój czas i swoje miejsce. Jojo Moyes wykreowała ciekawych bohaterów. Ich emocje i sposób działania zdają się być doskonale przez autorkę przemyślane. Osobiście bardziej cenię sobie Sophie i jej historię. Do Liv przekonywałam się dłużej. Początkowo nie mogłam zrozumieć jej dziwnego przywiązania do obrazu. Denerwował mnie też jej upór. Jednak kiedy poznałam bliżej jej motywację, zaczęłam inaczej na wszystko spoglądać. Właściwie to zaczęłam jej nawet kibicować. 

Powieść czyta się lekko i przyjemnie, a język jest prosty i zrozumiały. Akcja trzyma w napięciu, ale nie oznacza to, że pędzi ona szalenie do przodu. Dzieje się wręcz odwrotnie. Powoli, krok po kroku, podążamy z miejsca na miejsce i odkrywamy kolejne fakty. I nie szkodzi, że historia Liv i Paula trąca typowym romansidłem, bo i tak nie sposób się oderwać od tej książki. 

-------------------------------------------
Jojo Moyes podbija serca czytelników na całym świecie. Moje jeszcze nie w całości należy do niej, ale tylko dlatego, że literatura kobieca nie jest moją mocną stroną i po prostu potrzebuję więcej czasu. Jak do tej pory, poza Dziewczyną, którą kochałeś przeczytałam wyłącznie Zanim się pojawiłeś, także doświadczenie z jej twórczością mam raczej niewielkie, ale - i to chciałabym mocno podkreślić - ogromnie doceniam fakt, że jej powieści nie są jednotorowe. Że potrafi stworzyć zupełnie różne książki, nie zatracając w tym siebie, swojego stylu, lekkiego pióra i poczucia humoru.

piątek, 5 maja 2017

Evžen Boček i jego arystokracja

Te dwie niepozorne książeczki autorstwa Evžena Bočka, wywołały prawdziwą furorę na czeskim rynku wydawniczym. Niemal wszyscy, którzy je czytali twierdzą, że swą treścią bawią do łez. Niektórzy dodają, że w czasie czytania wręcz zwijali się ze śmiechu. Ja co prawda, ze śmiechu się nie zwijałam, płakać też nie płakałam, ale przyznaję - bardzo miło i całkiem wesoło spędziłam przy nich czas. Obie książki czytało mi się niezwykle lekko i przyjemnie. Polubiłam praktycznie wszystkich bohaterów, szczególnie zaś Franciszka Kostkę - czeskiego arystokratę oraz Józefa - kasztelana na zamku Kostka.

Wydawnictwo: Stara Szkoła
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 254

W pierwszym tomie poznajemy rodzinę Kostków: Franciszka, jego żonę Vivien i ich córkę - Marię, którzy po latach wracają z Ameryki do Czech - do kraju przodów, by zamieszkać w odzyskanej właśnie rodowej siedzibie, jaką jest zamek Kostka. Oczekiwania względem nowego życia - życia arystokratów mają wielkie. Zwłaszcza, że... nie śmierdzą groszem. Rzeczywistość jednak bardzo szybko sprowadza ich na ziemię. Ich nowy dom okazuje się mocno podupadający, a mieszkająca w nim trójka pracowników to dość ekscentryczni ludzie. Pani Cicha - kucharka i sprzątaczka, już od rana popija orzechówkę i dużo przeklina. Józef - kasztelan, nienawidzi muflonów (turystów) i pracy fizycznej. Pan Spock - łysiejący ogrodnik, jest niepoprawnym hipochondrykiem. Jak można przypuszczać, utrzymanie takiego zamku dużo kosztuje. Dla kogoś, kto nie ma pieniędzy jest to nie lada wyzwanie. Do pracy przecież Kostkowie nie pójdą. Lepiej więc zaprosić pracę do siebie, a właściwie to... turystów do zamku. Ale i to nie jest łatwe, zwłaszcza że na przeszkodzie stoi kasztelan, który fochem reaguje na każdą wzmiankę o turystach.


Wydawnictwo: Stara Szkoła
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 218

Drugi tom jest bezpośrednim rozwinięciem karkołomnych wysiłków, jakich podjęła się rodzina Kostków, aby utrzymać zamek, siebie i trójkę pracowników. Co prawda, ci ostatni nieszczególnie cieszą się na oprowadzanie emerytów i wycieczek szkolnych, jednak odpowiednie wynagrodzenie i prozak (w przypadku pana Spocka) bywają silnymi argumentami. Podobnie, jak w I tomie, tak i tutaj - kłopotom nie ma końca. Źle jest, gdy turystów jest zbyt mało, ale niedobrze też, kiedy jest ich zbyt dużo. Tym bardziej, że wielu z nich kradnie co popadnie, w szczególności... papier toaletowy. Do tego demolują zamek i zapychają toalety. To szczególnie mocno irytuje pana tego całego przybytku - hrabiego Franciszka, który w swym skąpstwie wznosi się na wyżyny.



-----------------------------

Obie książki napisane są w formie pamiętnika, ich autorką jest "nasza" hrabianka Maria Kostka, która z całej tej osobliwej gromady, zdaje się być najrozsądniejszą. Pozostali bohaterowie są mocno przerysowani. Każdy z nich ma specyficzne cechy, które czynią go postacią komiczną i niezwykłą - jedyną w swoim rodzaju. Zarówno Ostatnia arystokratka, jak i Arystokratka w ukropie obfitują w komiczne gagi oraz absurdalne sytuacje budzące politowanie i śmiech. Na szczęście Evžen Boček nie popadł w przesadę, dzięki czemu jego powieści czyta się z przyjemnością. Ani przez chwilę nie czujemy się znużeni czy przytłoczeni tym jakże charakterystycznym czeskim humorem. 

poniedziałek, 1 maja 2017

Izgubila sam se*

Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 320

Sięgając po Panią Einstein wiedziałam, że nie będzie to łatwa lektura. Stosunek Alberta do swej żony, nie był mi zupełnie obcy. Wiedziałam, że znęcał się nad nią psychicznie, a może nawet i fizycznie. Kiedyś na ten temat trochę czytałam, jednak wówczas były to dość lakoniczne informacje. Dopiero teraz, za sprawą tej książki, mogłam spojrzeć głębiej i dokładniej przyjrzeć się ich życiu i małżeństwie.

Pani Einstein to bazująca na historycznych faktach i fikcji literackiej opowieść o niezwykle inteligentnej i utalentowanej dziewczynie, która okazała się zbyt słaba i uległa, by walczyć o swoje marzenia. O swoje miejsce w historii. Dziś mogłaby być drugą Marią Skłodowską-Curie, a tak... jest jedynie zapomnianą żoną sławnego męża. Mało kto o niej słyszał, bo zniknęła zanim Albert zyskał wielką, międzynarodową sławę.

Kiedy poznajemy Milevę Marić jest ona młodą, ale bardzo samotną i zakompleksioną dziewczyną. Z powodu swojego niskiego wzrostu i charakterystycznego utykania, nie wierzy by kiedykolwiek znalazła sobie męża. Zresztą, jej rodzice są podobnego zdania i dlatego ojciec chce by całkowicie poświęciła się nauce. Zachęca ją do pójścia na uniwersytet. I tak też się dzieje, Mileva dociera tam, gdzie niewielu kobietom przed nią się to udało - na Uniwersytet w Zurychu, by studiować fizykę. Jest zdeterminowana, by pokazać wszystkim, że nie jest gorsza od innych studentów, że ma wiedzę, jest ambitna i chce się uczyć. Oczywiście, koledzy i wykładowcy, wcale jej tego nie ułatwiają:
Krytykowano obecność kobiety studentki jako nieodpowiednią, śmiano się z mojego kalectwa, komentowano złośliwie moją ciemną karnację i poważną minę. (s.71)
Wyjątkiem był Albert Einstein, który otwarcie podziwiał ją za jej inteligencję i ambicję. Wkrótce też się w niej zakochał. W pierwszym odruchu Mileva próbowała odrzucić tę miłość, tłumacząc sobie, że powinna skupić się na nauce. Uczucie jednak było silniejsze, niż się spodziewała i wkrótce to nie nauka, a miłość ją uskrzydliła. Pozwoliła uwierzyć, że możliwe jest połączenie uczuć z karierą naukową. Zresztą, sam Einstein obiecał jej, że ich związek, a później także i małżeństwo, oparte będą na partnerstwie. Że będą razem pracować, pisać artykuły naukowe, tworzyć nowe teorie i zdobywać za nie nagrody i uznanie. I początkowo tak też się działo. No, może poza tymi nagrodami i uznaniem, bo te - jeśli już - to przypadały Albertowi, nie Milevie. O jej wkładzie w jego prace, nikt lub prawie nikt nie wiedział, bo wszystkie artykuły, które razem mieli stworzyć, sygnowane były wyłącznie nazwiskiem jej męża. Także i ta najsłynniejsza - ogólna teoria względności, której powstanie Mileva przypisuje sobie (w książce). Z czasem jednak w ich małżeństwie przestaje się układać. Albert nie zaprasza już żony do wspólnych projektów, nie prosi jej o pomoc i wsparcie. Nie opowiada o swoich odkryciach i planach. Mileva przestała być dla niego partnerką naukową, zamiast tego została żoną. Tylko żoną. A później już tylko służącą.


Książkę czytało mi się rewelacyjnie! Wprost nie mogłam się od niej oderwać. Historia opisana przez Marie Benedict elektryzuje, wciąga, ale też... irytuje. Im dalej w las (że się tak kolokwialnie wypowiem) tym większy żal i współczucie odczuwałam do Milevy. Nie potrafiłam zrozumieć, jak kobieta, która tyle wycierpiała, aby wejść do świata nauki, tak bardzo zdominowanego przez mężczyzn, potrafiła tak łatwo z tego wszystkiego zrezygnować? Mało tego, jak ta kobieta mogła pozwolić zamknąć się w domu i sprowadzić się do roli gospodyni - poniżanej i pogardzanej gospodyni. Tak... wiem, że rola kury domowej jej nie odpowiadała. Była zazdrosna o pozycję męża. O jego rosnącą sławę. Ale co z tego, skoro nic z tym nie zrobiła? Ktoś powie, że to były inne czasy i kobiecie ciężko było sprzeciwić się mężowi i zasadom, które wówczas panowały. Ale czy takie tłumaczenie można zastosować w przypadku Milevy? Nie sądzę... przecież ona nie była, jak zwykłe kobiety. Ona wiedziała, jak walczyć o swoje plany i marzenia, co zresztą udowodniła dostając się na uniwersytet w Zurychu.

Sam Albert początkowo zdobył moją sympatię. To, jak starał się o uczucie Milevy, było nawet urocze. Z czasem jednak na jego wizerunku zaczęły pojawiać się rysy. Wraz ze wzrostem popularności, jego zachowanie stawało się coraz bardziej niewiarygodne. On stawał się znanym fizykiem, a jego żona... tylko żoną. Zamknął Milevę w domu, zdradzał ją i poniżał. Traktował, jak kogoś znacznie gorszego od siebie. Często też znikał na kilka dni, a kiedy w końcu wracał, nie zamierzał się tłumaczyć. Po jednej z takich nieobecności, wręczył Milevie kartkę zawierającą warunki, jakie ona musi spełnić, jeśli chce, aby on nadal z nią mieszkał. Aż trudno uwierzyć, co on tam nabazgrolił:
Miałam przed oczami listę obowiązków wobec Alberta: miałam prać, przygotowywać posiłki i przynosić mu je do pokoju, sprzątać w jego sypialni i gabinecie z wyłączeniem biurka, którego nie wolno mi było dotykać. Jeszcze bardziej szokująca była lista wymogów wobec mnie w naszych osobistych relacjach. Żądał, bym nie wchodziła z nim w domu w żadne interakcje, zamierzał kontrolować, gdzie i kiedy będę z nim rozmawiać i co wolno mi do niego powiedzieć w obecności dzieci. Szczególnie podkreślał, bym powstrzymywała się od jakiejkolwiek cielesnej intymności. (s.348-349)
----------------
Ponoć, wiele lat po rozwodzie Albert miał wyznać, że ożenił się z Milevą tylko dlatego, że było mu jej żal. Jego zdaniem, nikt inny nie zechciałby tej brzydkiej i kulawej dziewczyny.

Swoją drogą, życie Milevy po rozwodzie z Albertem również do łatwych nie należało. Miała smutne życie.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z wikipedii
*Tytuł recenzji jest cytatem z książki, a oznacza - zgubiłam się

sobota, 29 kwietnia 2017

Kwietniowe szaleństwo

 Zdobycze


Recenzja Listów do pałacu tutaj
Recenzja A jej oczy były niebieskie tutaj
Uwaga: a teraz się chwalę! Nowy Jork udało mi się dorwać za 10 zł - interes życia 👍

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Zbrodnia po skandynawsku

Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 416

Skandynawskie thrillery to prawdziwy fenomen literacki. Niby jest ich tak wiele, że wydawałoby się, iż nie da się już napisać niczego oryginalnego, wciągającego czy zaskakującego. A jednak one wciąż powstają, a my wciąż po nie sięgamy i pomimo powtarzalnego schematu, zachwycamy się nimi, jakbyśmy nigdy wcześniej niczego podobnego nie czytali. Znacie to, prawda? Ja mam tak zawsze, kiedy sięgam po thriller skandynawski. Nie inaczej więc było i tym razem. Niby wszystko takie znajome. Niby gdzieś już to czytałam. A jednak... nie mogłam się oderwać. 

Fabuła raczej nie jest skomplikowana i w dużej mierze kręci się wokół Raili - czterdziestoletniej, nieco zakompleksionej i samotnej bibliotekarki, która spędza urlop w domku nad jeziorem w Lövaren. Poza swoimi najbliższymi sąsiadami - parą starszego małżeństwa - Raili nie zna tutaj nikogo. A przynajmniej do czasu... Bo wszystko się zmienia, kiedy zaprzyjaźnia się z Olofssonem - ekscentrycznym starszym panem, który jest przekonany, że w okolicy dzieją się dziwne i tajemnicze rzeczy. I choć Raili początkowo nie przejmuje się jego słowami, jednak bardzo szybko zaczyna podejrzewać, że rzeczywiście coś się tutaj nie zgadza. Nie może też wyzbyć się wrażenia, że w pobliskim lesie czai się zło. Zło, które swój początek ma prawdopodobnie w roku 1671. I tak oto dochodzimy do pojawiających się w książce retrospekcji, którymi z rzadka poprzeplatane są główne wydarzenia. Poznajemy Kirsti, młodą kobietę oskarżoną o bycie czarownicą. Widzimy, jak niewiele trzeba, aby zniszczyć człowieka i odebrać mu wszystko to, co było kiedyś ważne, czyste i piękne. Wszystkie złe i mroczne wydarzenia, do których później dochodzi w okolicy, naznaczone są silnym piętnem, odciśniętym przez jej okrutne losy.

Książkę czyta się - nie wróć, książkę pochłania się z ogromnym zainteresowaniem. Z mnóstwem pytań i wątpliwości w głowie. Z napięciem, trzymającym do ostatniego zdania. Nie sposób nie wczuć się w ten charakterystyczny, skandynawski klimat - mroczny, tajemniczy, czasem surowy, ale zdecydowanie nie przytłaczający. I choć zakończenie nie do końca było zaskakujące, właściwie to wypadło dość blado w porównaniu z tymi dramatycznymi wydarzeniami i wątkami paranormalnymi w tle, to i tak uważam, że nie ujmuje to niczego książce. 

czwartek, 20 kwietnia 2017

Wielkie rzeczy mają małe początki

Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 480


Uwielbiam czytać powieści historyczne, dlatego sięgam po nie z ogromną przyjemnością. Połączenie fikcji literackiej z faktami historycznymi uważam nie tylko ciekawe, ale i pouczające. Czy zatem mogłam przejść obojętnie obok Listów do pałacu? Nie. Zdecydowanie nie. Po pierwsze dlatego, że to powieść historyczna (i to bardzo dobra, ale o tym później), a po drugie dlatego, że książka nawiązuje do Pierwszej Wojny Światowej, o której tak naprawdę mało się pisze. Zapewne wynika to z faktu, że II Wojna Światowa nie zostawiła zbyt wielkiej przestrzeni na rozpamiętywanie Pierwszej Wojny, zwanej Wielką. Ucieszyłam się więc, że moja szkolna wiedza może wzbogacić się o pewne wydarzenia, o których nie miałam pojęcia, że miały w ogóle miejsce.

W czasie, kiedy Europa dewastowana jest przez wojnę, kiedy miliony ludzi ginie, do Pałacu Królewskiego w Madrycie dociera list. Adresatem jest król Alfons XIII, nadawcą zaś - mała dziewczynka, Francuzka, która prosi króla, aby pomógł odnaleźć jej zaginionego na froncie brata. Monarcha pozytywnie rozpatruje jej prośbę, jednocześnie powołuje do życia Urząd do Spraw Ochrony Jeńców, który aż do roku 1921 udzielił wsparcia prawie dwustu tysiącom jeńców wojennych. Całe to przedsięwzięcie, w które zaangażowani byli pracownicy cywilni, wojskowi i dyplomaci, Alfons XIII pokrywał wyłącznie z własnej kieszeni.

Akcja powieść, co oczywiste, kręci się wokół działalności Urzędu do Spraw Ochrony Jeńców, jednak nie jest to jedyny wątek powieści. Jest ich znacznie więcej, wszystkie zaś przeplatają się dynamicznie, tworząc piękną opowieść. Trudno też szukać tutaj jednego, określonego głównego bohatera. Raczej dominują silne osobowości, a niektóre z nich niejedno mają na sumieniu. Kreacja bohaterów jest niezwykle dopracowana. Każdy z nich jest inny. Każdy ma swoje emocje, swoje przeżycia i miłości. Każdy jest "jakiś". Nie ma tutaj bezbarwnej postaci, która byłaby nam zupełnie obojętna czy zbędna. Oczywiście, jednych lubimy bardziej, innych mniej lub wcale, jednak każdy jest ważny - dla nas i dla tej powieści. Początkowo takie nagromadzenie dużej ilości bohaterów, może wydawać się dość chaotyczne, jednak z czasem zaczynamy kojarzyć fakty i wnikać w ten świat tak bardzo, że trudno się oderwać.

Listy do pałacu to fascynująca powieść o miłości i zdradzie. O wielkich nadziejach i trudnych wyborach. I wreszcie, to powieść, która ukazuje jak wielki wpływ na nasze poglądy i spojrzenie na świat, ma wojna. Wiadomo, że wojna zmienia każdego. Weryfikuje niejedne plany i marzenia. Ważne, aby w tym wszystkim pozostać dobrym człowiekiem, jak chociażby Alfons XIII, który jako król neutralnej Hiszpanii, nie musiał organizować pomocy. Nie musiał "się wtrącać" w nie swoje sprawy i nie swoją wojnę. A jednak to zrobił i ocalił niejedno życie. 

sobota, 15 kwietnia 2017

Słodko-gorzka opowieść o miłości, przyjaźni i zrozumieniu

Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 382

Zanim się pojawiłeś nie jest kolejnym mdłym romansidłem. Ta książka to coś więcej. Znacznie więcej. To przełamanie tabu niepełnosprawności. Poruszenie kwestii życia i śmierci - zwłaszcza śmierci. To opowieść o przyjaźni i miłości, o cierpieniu i o prawie do wyboru własnego losu. Książka zmusza do refleksji. Do zatrzymania się na chwilę i... docenienia tego, co się ma. Zanim się pojawiłeś przypomina, że nic nie jest tylko czarne lub tylko białe. Życie pełne jest kolorów pośrednich.

Louisa Clark jest ekscentryczną dzwudziestosześciolatką, która właśnie straciła pracę. Nie mając konkretnego pomysłu na siebie (i zbyt wielu możliwości), zatrudnia się jako opiekunka Willa Traynora. To nie jest praca jej marzeń, ale... przynajmniej dobrze płacą. Will z kolei, jeszcze do niedawna był ambitnym rekinem biznesu. Uwielbiał swoje życie, sporty ekstremalne i swobodę, jaką zapewniały mu pieniądze. Któregoś dnia jednak wszystko się zmienia. Will zostaje całkowicie sparaliżowany. Jego życie nie wydaje mu się już takie piękne i beztroskie, a błahe, pozbawione sensu i prywatności. Jego jedynym pragnieniem jest śmierć.

Początek ich znajomości nie jest łatwy. Lou nie bardzo wie, jak ma się odnaleźć w nowej sytuacji. Jak przekonać do siebie Willa. Jak tchnąć w niego nowe życie, zwłaszcza kiedy jej własne nie układa się najlepiej. Will oczywiście niczego jej nie ułatwia. Nie dopuszcza jej do siebie. Jest obojętny i zamknięty w sobie. Ale Lou się nie poddaje i z czasem ich znajomość nabiera kolorów. Coraz lepiej się dogadują. Dobrze czują się w swoim towarzystwie. Lou próbuje pokazać Willowi, że jego życie może być piękne. Może nadal być wartościowe. Chce mu udowodnić, że ma po co żyć. Will z kolei chce, aby Lou uwierzyła w siebie i rozwinęła skrzydła. Jego zdaniem, życie - jej życie, nie musi zamykać się w tej małej mieścinie. 

Zanim się pojawiłeś czyta się niezwykle szybko (chociaż to wcale nie jest łatwa historia) i z wypiekami na twarzy - płacząc i śmiejąc się jednocześnie. Zarówno Lou, jak i Will są postaciami, których nie sposób nie polubić. Nie sposób też im nie kibicować. I nie ważne, że książka jest nieco przewidywalna, bo i tak trudno się od niej oderwać. No, a zakończenie... no cóż, zakończenie wbija w fotel. 

czwartek, 13 kwietnia 2017

List z... przeszłości

Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 144

Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie spodobała mi się. Nie wciągnęłam się. Nie będzie to moja ulubiona książka. Chciałabym dopisać jeszcze - nie rozumiem zachwytów nad nią, ale podaruję to sobie, bo całkiem możliwe, że gdybym przeczytała ją kilkanaście lat temu, może tych nie byłoby mniej? Generalnie, nie jest to zła książka. Nie męczyłam się zbytnio, kiedy ją czytałam (no dobra, może końcówka ciut mi się dłużyła) i co ważne - były momenty, kiedy się wzruszyłam, jednak... chyba nie tego się spodziewałam. Zupełnie nie byłam przygotowana na literaturę młodzieżową. 

Pewnego dnia 15-letni Georg otrzymuje dość niezwykły list z... przeszłości. Nadawcą okazuje się być jego ojciec, który zmarł jedenaście lat temu, kiedy Georg miał zaledwie 4 lata. Jak widać, nie mieli oni zbyt wiele czasu, aby się sobą nacieszyć, aby poznać się jak ojciec z synem. Ten list miał im to wynagrodzić. Miał ich do siebie zbliżyć. I tak też się stało.

W swoim liście ojciec opowiada o tajemniczej dziewczynie z pomarańczami i związanej z nią miłością, a także o śmierci i przemijaniu. Zadaje pytania o sens życia i czas. Przypomina o ulotności i kruchości chwili. Otwiera się przed synem. Mówi o swoich wyborach i wątpliwościach oraz o strachu przed śmiercią. Nie chce umierać. Nie chce zostawiać rodziny, ale przecież... to nie zależy od niego.

Dziewczyna z pomarańczami jest historią refleksyjną, filozoficzną chociaż - jak dla mnie - niepotrzebnie rozciągniętą, przez co wydaje się monotonną. A do tego, jest przewidywalna. Dość mocno drażniły mnie fragmenty, w których do głosu dochodził Georg. Pomijam ciągłe - nudne - nawiązywanie do kosmicznego teleskopu Hubble'a (tak, spuśćmy tutaj zasłonę milczenia), ale nie mogę nie wspomnieć o wypowiedziach Georga, które nijak miały się do jego wieku. Jego słowa były nieraz tak dojrzałe, tak "stare", że co jakiś czas łapałam się na myśli - chwila, on ma 15 lat (!), który piętnastolatek się tak wypowiada? 

ps. Cudowna ❤ jest ta podwójna okładka!

wtorek, 11 kwietnia 2017

Uważaj, czego sobie życzysz

Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 276

Pierwsza wersja Portretu Doriana Graya ukazała się w miesięczniku "Lippincott's Monthly Magazine" w 1890 roku i od razu spotkała się z falą krytyki. Powieść uznano za wielce skandalizującą. Oscara Wilde'a z kolei okrzyknięto pozbawionym moralności dandysem. Nieco później pisarz postanowił dokonać kilku istotnych poprawek - złagodził bądź usunął liczne aluzje do homoseksualizmu, które to najbardziej oburzały czytelników i krytyków. Ponadto zdecydował się na rozbudowanie powieści, poprzez dodanie kilku rozdziałów, by ostatecznie przekazać ją do wydania w formie książki. Nikt chyba wtedy nie podejrzewał, że Portret Doriana Graya stanie się jednym z najważniejszych dzieł literatury angielskiej. 

Akcja powieści rozgrywa się w dziewiętnastowiecznym Londynie, w środowisku tamtejszych wyższych sfer. Młody Dorian Gray, który dopiero wchodzi w świat towarzyskich spotkań, poznaje nieco zamkniętego w sobie, introwertycznego malarza Bazyla Hallwarda, o całkiem sporym talencie i zdolnościach. Ów malarz, zafascynowany pięknem i niewinnością młodzieńca, zaprzyjaźnia się z nim i maluje jego portret naturalnej wielkości. Naiwny Dorian wypowiada wówczas pochopne życzenie, by to twarz na obrazie szpetniała, a on pozostał młody i piękny:
Jakie smutne! Ja się zestarzeję i będę brzydki i odpychający. Ale portret ten na zawsze pozostanie młody. Nigdy nie będzie starszy niż w dzisiejszym czerwcowym dniu. Gdybyż mogło być przeciwnie! Gdybym ja pozostał wiecznie młody, a obraz się starzał! Wszystko bym za to oddał, wszystko! Tak, nie ma nic na świecie, czego bym za to nie oddał. Oddałbym duszę własną!
Niespodziewanie jego życzenie się spełnia, choć nie wiemy - kogo lub czego to zasługa. Obraz staje się sumieniem Doriana. Odzwierciedleniem jego brudnego i zepsutego życia, które zaczął prowadzić pod wpływem przyjaźni z lordem Henrym Wottonem - wyjątkowo cynicznym bogaczem. Lord Henry staje się dla chłopaka kimś w rodzaju mentora. To za jego sprawą, zachowujący się coraz mniej etycznie Dorian, wkracza na drogę zła i zatracenia. Staje się próżny i egoistyczny. Doprowadza do ruiny swych przyjaciół i zakochane w nim kobiety. Grzeszy i namawia do grzechu. Zatraca się w swym pięknie i młodości. 

Bardzo trudno mi jednoznacznie ocenić powieść Oscara Wilde'a. Raz mnie ona wciągała i trzymała w swych sidłach, by po chwili nużyć i zniechęcić do siebie. Oczywiście doceniam kunszt pisarza, jego zamysł oraz odwagę, by ukazać człowiekowi prawdę o nim samym. By zmusić do refleksji i zadania sobie pytania - jak wygląda mój portret? Jednakże czuję, że zbyt mało było tu treści samej w sobie. Zbyt mało etapów przemiany moralnej Doriana. No i zakończenie... tak jakoś po macoszemu potraktowane. Niby mocne i interesujące, a jednak tak mało poświęcono mu miejsca. Stało się, co się stało i już - koniec i kropka. A przecież to aż się prosi o rozbudowanie.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Perły życia

Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 472

Doskonałą pomyłkę czytało mi się... doskonale :) Ale nic w tym dziwnego, wszak to piękna historia, w którą chce się wniknąć. To historia, którą chce się poznać/odkryć, ale nie tak szybko - byle jak, lecz stopniowo, delikatnie - kawałek po kawałku, "smakując" każdy moment. Każdy fragment. Tak... to zdecydowanie pięknie spędzony czas w doborowym towarzystwie (i... z piękną okładką ❤).

Sophia Beaumont-Brown to dziewczyna z londyńskiej socjety, czyli tak zwanego dobrego domu. Jednak jej zachowanie i sposób życia, nie odzwierciedlają jej wysokiego urodzenia. Sophia pije i pali, nie stroni też od narkotyków i zabaw do upadłego. Nic więc dziwnego, że rodzina zerwała z nią wszelkie kontakty, pozbawiając nie tylko poczucia ciepła i bezpieczeństwa, ale również - środków finansowych. Jedyną osobą, która w nią wierzy jest legendarna aktorka Tilly Beaumont - jej babcia. Pewnego dnia Sophia zaczyna otrzymywać od niej listy, w których Tilly opowiada o swoim życiu, rodzinnych sekretach i... najpiękniejszej oraz najcenniejszej rzeczy, jaką kiedykolwiek posiadała - naszyjniku z pereł. Naszyjnik ten był wyjątkowy, ponieważ każda jego perła była równie piękna i idealna - wyłowiona przez japońską kobietę morza - poławiaczkę pereł, zwaną Ama. Problem w tym, że ów naszyjnik zaginął, a umierająca Tilly chciałaby go założyć jeszcze raz - ostatni raz, zanim umrze. Chciałaby znów poczuć jego chłód i ciężar.

Katie Agnew stworzyła niezwykły sekret, wokół którego krąży Sophie. Sekret, który splata losy trzech kobiet - silnie ze sobą związanych, a jednocześnie odgrodzonych trudnym do przebicia murem. To historia, w której przeszłość miesza się z teraźniejszością, a poszukiwanie tożsamości z odkrywaniem rodzinnych tajemnic. 

czwartek, 6 kwietnia 2017

Ważna lekcja

Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 216

To wyjątkowa książka - piękna i mądra. A zarazem smutna i poruszająca. Boleśnie zapadająca w pamięć. To książka o życiu i o śmierci. O dojrzewaniu i radzeniu sobie ze stratą. To emocjonalna bomba z przesłaniem dla każdego z nas.  

Conor ma 13 lat i mnóstwo problemów. Jest samotny i potrzebuje pomocy. Jego matka jest śmiertelnie chora, przez co wszyscy mu współczują i pobłażają - bo przecież przechodzi teraz trudny okres. A to niestety, budzi w nim jeszcze więcej frustracji. W szkole jest bity i szykanowany. Inne dzieci przestały się do niego zbliżać, rozmawiać z nim. Już nawet go nie zauważają. Niebawem jednak wszystko się zmieni... Pewnej nocy Conor budzi się dokładnie siedem minut po północy i za oknem widzi potwora. Strasznego i wielkiego potwora, którego... wcale się nie boi. Potworem jest stary cis, rosnący na cmentarzu, nieopodal domu chłopca. Cis zabiera go do świata wyobraźni i snów. Opowiada mu trzy historie, bardzo ponure i drastyczne, ale skrywające cenne przesłanie. Pokazujące, że świat nie jest tylko czarny lub tylko biały. Istnieją bowiem barwy pośrednie, a niektórych ludzi i ich czynów nie można jednoznacznie ocenić i potępić. Na koniec Conor opowiada potworowi swoją mroczną historię, którą skrywał przed światem, a nawet przed... samym sobą, bojąc się spojrzeć prawdzie w oczy.

-------------------------------

Idealnym dopełnieniem całości są czarno-białe grafiki Jima Kay'a, które jeszcze bardziej eksponują mistyczny charakter powieści. 

środa, 5 kwietnia 2017

Plany czytelnicze


Takie oto cudowności ❤ będę czytała w najbliższym czasie


wtorek, 4 kwietnia 2017

Grzechem jest zabić drozda

Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 424

To jedna z najpopularniejszych i najczęściej czytanych książek współczesnej literatury. Momentami zabawna i wzruszająca. Przede wszystkim zaś - mądra i dająca do myślenia. 

Akcja powieści toczy się w latach trzydziestych XX wieku w fikcyjnym, małym miasteczku Maycomb w Alabamie. To tutaj mieszka rodzina Finchów - Atticus FInch oraz jego dzieci: Jem i Jean Louise, zwana przez wszystkich Skautem. Atticus jest poważanym adwokatem - człowiekiem mądrym, odważnym i opanowanym. Szanującym każdego człowieka, bez względu na jego pochodzenie, majętność czy kolor skóry. Taka postawa czyni Atticusa wyjątkowym. Nic więc dziwnego, że kiedy w cichym i spokojnym dotychczas miasteczku, dochodzi do gwałtu na białej kobiecie, o który oskarżono czarnoskórego mężczyznę - Atticus podejmuje się jego obrony. Z całą powagą swego urzędu i w zgodzie z własnym sumieniem broni młodego, kalekiego Murzyna. Oczywiście nie jest to łatwe zadanie w miejscu (i czasie), gdzie słowo Murzyna znaczy mniej niż słowo białego, nawet jeśli ów biały jest pogardzanym członkiem "marginesu społecznego" . Biała społeczność Maycomb woli wierzyć kłamstwom dziewczyny i jej ojca, choć od początku wiadomo, że ... Tom Robinson jest niewinny. 

Prowincjonalną społeczność, z ich nienawiścią i uprzedzeniami na tle rasowym i klasowym, śledzimy oczami Jean Louise. To wraz z nią dostrzegamy niedoskonałości ludzkiego charakteru. Wraz z nią pytamy, analizujemy i wyciągamy wnioski. Taki sposób prowadzenia narracji wydaje się być niezwykle ciekawy. Z jednej strony Jean Louise jest obserwatorką niedoskonałą, bo wiele spraw jest dla niej niejasnych, wszak jest tylko kilkuletnią dziewczynką. Z drugiej zaś strony, dysponuje dziecięcą świeżością spojrzenia, nie zmąconą stereotypami dorosłych. Może dostrzec to, co tym nieco już starszym, zwyczajnie umyka. 

Powieść bawi i wzrusza. Stawia trudne pytania i zmusza do refleksji. Przekazuje wiele prawdy o miłości rodzinnej, o szacunku do własnych dzieci. O szacunku do człowieka w ogóle. O kryzysie sumienia. Przede wszystkim zaś, to ponadczasowa pochwała odwagi i mocnego charakteru, których bardzo często wymaga walka o sprawiedliwość i prawość.  

*Pierwotnie książka miała nosić tytuł Atticus jednak Harper Lee zdecydowała się na zmianę, ponieważ tematyka książki wykraczała poza zwykły portret tej postaci. Uznała, że sens powieści lepiej oddaje określenie "zabić drozda", które Jean Louise usłyszała od Panny Maudie:
Drozdy nic nam nie czynią poza tym, że radują nas swoim śpiewem. Nie niszczą ogrodów, nie gnieżdżą się w szopach na kukurydzę, nie robią żadnej szkody, tylko śpiewają dla nas z głębi swoich ptasich serduszek. Dlatego właśnie grzechem jest zabić drozda.
*Zabić drozda doczekało się filmowej adaptacji. W 1962 roku Robert Mulligan wyreżyserował film o tym samym tytule. W rolach głównych wystąpili m.in. Gregory Peck oraz Mary Badham.

-----------------------------

Jestem już po lekturze II tomu, czyli Idź, postaw wartownika i muszę przyznać, że nie zachwyciła mnie ona tak bardzo, jak Zabić drozda. Powieść Idź, postaw wartownika opowiada o losach dorosłej już Jean Louise i choć wydana została później - jako kontynuacja, tak naprawdę napisana została przed powieścią Zabić drozda. 


Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 368


Idź, postaw wartownika także porusza problem rasowy. Trwa spór w kwestii nadania Murzynom praw obywatelskich. To, co dla Jean Louise wydaje się oczywiste, dla białej społeczności Maycomb - jest nie do pomyślenia. Jednak najtrudniejsze do zaakceptowania jest nie tylko stanowisko jej przyjaciela i niedoszłego męża - Hanka Clintona, ale przede wszystkim - postawa Atticusa, jawiąca się niczym upadek Boga. Okazuje się bowiem, że jej autorytet - człowiek, który nauczył ją szacunku i zrozumienia - jest rasistą, sprzeciwiającym się nadaniu Murzynom praw. 

Powieść ukazuje prawdę starą, jak świat - nic nie jest tylko czarne lub tylko białe. Istnieją barwy pośrednie. Nikt nie jest też idealny. Człowiek... jest tylko człowiekiem. Ma swoje wady. Swoje lepsze i gorsze strony. Mimo to, chyba wolałabym, aby ta książka pozostała w ukryciu. A Atticus... dawnym Atticusem. 

czwartek, 23 marca 2017

Tęsknota za miłością

Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 396

Już dawno żadna książka mnie tak nie wymęczyła. Nie wynudziła. Wiele razy chciałam rzucić ją w kąt - z okrzykiem "a kysz", idź, przepadnij. Nie potrafiłam wciągnąć się w tę powieść. Nie potrafiłam wczuć się w emocje bohaterów. W ich marzenia i pragnienia. Ostatecznie jednak doczytałam do końca (brawa dla mnie!), ale zdania nie zmieniłam - nie warto. Szkoda czasu.

Książka przedstawia losy trzech kobiet skupione wokół jednego człowieka - tytułowego Łazarza. A dokładniej, Łazarza Lindta - genialnego fizyka i jednego z twórców sowieckiej bomby atomowej. Człowiek znikąd - obszarpany, wygłodzony i zawszony nędzarz, trafił w idealny czas i miejsce, by stać się wielkim. Na polu naukowym, rzecz jasna, bo w dziedzinie życia i miłości, raczej nie popisał się geniuszem. Lindt nie miał szczęścia do kobiet, a one do niego. Pierwszą i najważniejszą kobietą w jego życiu była Marusia - wrażliwa, dobra, troskliwa żona rosyjskiego profesora Siergieja Aleksandrowicza Czałdanowa. Marusia, starsza od Lindta, była szczęśliwa w małżeństwie i szczerze kochała swego męża. Jedyne, czego jej brakowało to dzieci. Dlatego, kiedy siedemnastoletni Łazarz stanął na progu jej domu, poczuła do niego macierzyńskie uczucia. W końcu dostała to, czego tak bardzo pragnęła.

Kolejną kobietą była Galina Pietrowna. Kiedy Lindt ją poznał, miała zaledwie 17 lat. Miała swoje plany, marzenia i... narzeczonego. Była zakochana. Ostatecznie jednak, zmuszona została do ślubu z Łazarzem Lindtem, który był już wówczas dojrzałym mężczyzną. Z wesołej i beztroskiej dziewczyny przemienia się w zgorzkniałą i odpychającą, zimną i twardą kobietę - gardzącą swoim mężem. Nawet w stosunku do swego syna - ich wspólnego syna, nie potrafi wykrzesać z siebie żadnych ciepłych uczuć.

I wreszcie dochodzimy do trzeciej - ostatniej kobiety, a właściwie to kobietki, bo kiedy poznajemy Lidoczkę ma ona zaledwie 5 lat. Lidoczka jest wnuczką Galiny i Łazarza, i jako jedyna, nie znała Lindta osobiście. Kiedy trafiła pod opiekę swej babci Galiny, ta była już wdową. Dziewczynka jest sympatyczna, otwarta, wrażliwa i spragniona miłości, której Galina nie będzie potrafiła jej ofiarować.

To bez wątpienia smutna książka. Wywołująca pewne refleksje. Przypominająca, co w życiu jest najważniejsze i jak ulotne są chwile oraz szczęście. Książka pokazuje, jak wybory - samodzielnie dokonane lub te narzucone przez otoczenie, wpływają na nasze życie. To książka o miłości, a raczej o jej tęsknocie. O potrzebie rodzinnego, domowego ciepła.

wtorek, 21 marca 2017

Krótko, płasko i bez emocji, czyli jak to jest między książkami

Wydawnictwo: W.A.B
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 272

To lekka i całkiem przyjemna książeczka, choć... można odnieść wrażenie, że sama historia została dość powierzchownie opowiedziana. Jakbyśmy czytali jedynie jej zarys. Jest płasko i krótko. Brakuje emocji, głębi i zachwytu.

Ajay Fikry jest dość nietypowym księgarzem. Zgorzkniałym, niemiłym i samotnym. Nie zależy mu na kontaktach z ludźmi, ani nawet na tym, jak inni go postrzegają. Jego świat ogranicza się do prowadzonej przez niego księgarni - "Island Books". Wieczorami topi smutki w alkoholu, który nie przynosi ukojenia. Pewnego dnia jednak... wszystko się zmienia. Ajay się zmienia. W jego życiu pojawia się Maja - mała, dwuletnia dziewczynka, którą ktoś porzucił w jego księgarni oraz Amelia - przedstawicielka handlowa niewielkiego wydawnictwa. Nagle okazuje się, że Ajay w rzeczywistości jest miły i otwarty. A co więcej - potrafi bardzo mocno i szczerze kochać.

Między książkami czyta się szybko i myślę... że równie szybko się o niej zapomina. Bez wątpienia Gabrielle Zevin miała dobry pomysł na książkę, ale po drodze trochę chyba się pogubiła. Niektóre wątki rozgrywają się zbyt szybko, przez co brakuje miejsca na emocje. Dialogi są jakby poszarpane, czasem mało wiarygodne.