Pages - Menu

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Tajemnicze morderstwo z Arabią Saudyjską w tle

Wydawnictwo: Książnica
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 392

Kiedy zaczęłam czytać Ślad na piasku miałam wrażenie, że trafiłam na wciągającą i ciekawą książkę. Zupełnie inną niż te, które w ostatnim czasie czytałam. Niestety im dalej w las, tym czułam coraz większy niedosyt. Niby nie było źle, ale... zdecydowanie zabrakło jakiś głębszych emocji i napięcia. Całość sprawia wrażenie lekko przegadanej, przez co czytanie szło mi dość wolno. 

Zaczyna się ciekawie - od zaginięcia Nuf, szesnastolatki z zamożnej i wielce szanowanej rodziny. Wydaje się, że dziewczyna uciekła, choć nikt nie potrafi wskazać powodów, jakie miałyby nią kierować. Podjęta akcja poszukiwawcza kończy się już po kilku dniach... odnalezieniem ciała Nuf na pustyni. Oficjalnie - dziewczyna utonęła. Jej ciało jednak posiada ślady - otarcia na nadgarstkach czy ranę na głowie, które zdają się przeczyć tej wersji. Dla rodziny, która chce uniknąć oficjalnego dochodzenia, nie ma to jednak znaczenia. Nuf nie żyje - i koniec. Na szczęście są osoby, którym zależy na poznaniu prawdy. Najir - przewodnik pustynny i Katia - pracownica laboratorium kryminalistyki, początkowo mimochodem wplątani zostają w ciąg wydarzeń, z czasem jednak - już na własną rękę, podejmują działania mające wyjaśnić zagadkową śmierć dziewczyny.

Śledztwo nie jest łatwe. Sam fakt, że Nijir i Katia nie mogą w spokoju ze sobą porozmawiać czy przebywać w swoim towarzystwie bez obawy, że ktoś doniesie na nich policji religijnej - jest wystarczającą komplikacją. Nie są bowiem małżeństwem i prawo zakazuje im jakiejkolwiek formy kontaktu bez udziału osób trzecich - rodziny czy ochroniarza. Dowodów też mają niewiele. Wszystko co posiadają to wyłącznie poszlaki i ich własne przypuszczenia, a na rodzinę Nuf liczyć nie mogą, bo ta przecież nie jestem zainteresowana prawdą. Na szczęście Najir i Katia nie zamierzają się poddać i im więcej odkrywają, tym bardziej pragną rozwiązania zagadki.

Książkę czyta się bez większych emocji. Wątek kryminalny raczej nie trzyma nas w napięciu. Akcja płynie wolno i spokojnie. Nie znajdziemy tutaj szalonych pościgów, walki, broni czy makabrycznych opisów zbrodni. Mimo to warto jednak, kiedy się już rozpocznie czytanie, dotrwać do końca, bo zakończenie choć nie jest może jakimś wielkim "boom", to z pewnością... jest zaskakujące. Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto dotrwać do końca, a mianowicie... ciekawe tło, a w tym przypadku - ujęcie kultury islamskiej z punktu widzenia mężczyzny o bardzo tradycyjnych poglądach. Zazwyczaj spotykamy się z kobiecym spojrzeniem na życie w Arabii Saudyjskiej. Na zasady, które tam panują i ograniczenia, które dotykają właśnie kobiet. Tutaj dzieje się rzecz niesłychana - nie dość, że na kobietę, religię, zakazy i nakazy spoglądamy męskim okiem, to jeszcze odkrywamy, że mężczyźni bywają tak samo uwięzieni przez tradycję islamską. Oczywiście jest to uwięzienie wyłącznie mentalne, które w żaden sposób nie zmniejsza przepaści pomiędzy obiema płciami, ale dla przyzwoitego i uczciwego dorosłego mężczyzny jest ogromnie kłopotliwe.

Podsumowując - bez szału i fajerwerków, ale jeśli się lubi takie klimaty, to można czytać :)

czwartek, 10 sierpnia 2017

Kruszenie muru

Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 300

Nie czytam młodzieżówek - raz, że czuję się na nie zbyt stara, a dwa - no cóż... one po prostu wydają mi się płaskie. Czasem jednak pojawia się taka książka - taka młodzieżówka, której nie mogę wybić sobie z głowy zwłaszcza, kiedy wszyscy wokół tak bardzo ją chwalą. Wtedy myślę sobie, okey - dam jej szansę, może mnie czymś zaskoczy? I fakt, jestem później zaskoczona, ale nie książką, a swoją naiwnością - nie dość, że jestem stara, to jeszcze... głupia. Ot co!

Simon ma 16 lat, nieszablonowych rodziców i na pozór spokojne, uporządkowane życie. Jest typem idealnego przyjaciela - takiego, który chce i potrafi wysłuchać drugą osobę. Dzięki temu doskonale zna swoich przyjaciół, w przeciwieństwie do nich... Oni bowiem nie wiedzą, że Simon skrywa pewną tajemnicę. Wie o niej tylko Blue - chłopak poznany w internecie, z którym koresponduje mailowo. Tych dwoje bardzo wiele łączy i to nie tylko wspólna szkoła czy nauczyciele, ale przede wszystkim - orientacja seksualna. Oboje są gejami. Początkowo ich relacja jest dość niewinna z czasem jednak nabiera rozpędu. Blue daje mu możliwość bycia sobą i okazywania uczuć, które Simon do tej pory głęboko ukrywał. I kiedy wreszcie zaczyna wierzyć, że "spotkał" swoją bratnią duszę, wtedy pojawia się on - Martin, szkolny błazen, który całkiem przypadkowo odkrywa tajemnicę Simona, a co gorsza - zaczyna go szantażować. Chłopak domaga się, by Simon pomógł mu zbliżyć się do Abby, swojej przyjaciółki. W przeciwnym razie cała szkoła dowie się o wszystkim. Co zrobi Simon, podda się szantażowi? A może zdecyduje się na coming out? Odpowiedzi szukajcie w książce... (choć nieszczególnie polecam)

Podoba mi się, że Becky Albertalli podejmuje się tak istotnej tematyki, szkoda tylko, że czyni to w tak lekki i przesłodzony sposób. Niemal oderwany od rzeczywistości. Przykład? Bardzo proszę, mam idealny - reakcja rodziny Simona na wiadomość o jego orientacji seksualnej
Skarbie - odzywa się mama. - To... Boże, to... dziękuję, że nam powiedziałeś. - Wow, braciuszku. Gratulację - mówi Alice. - Gejem, mówisz? - To tata.- Porozmawiaj o tym ze mną. - Ulubiony tekst psychologiczny mojej mamy. Patrzę na nią i wzruszam ramionami. - Jesteśmy z ciebie dumni - dodaje. (s.163)
Owszem, nie wiem, jak wyglądają takie rozmowy, ale... powyższa reakcja wydaje się być raczej mało prawdopodobna. Podobnie zresztą, jak reakcja innych uczniów z jego szkoły. Uwierzycie, że każdy zachowywał się tak, jakby nic się nie stało? Jakby było to coś... zwyczajnego. Coś z czym spotykamy się na co dzień. Ta wszechobecna słodycz zniechęcała mnie do czytania. Sprawiała, że czułam się znużona lekturą. Nie potrafiłam przekonać się ani do Simona, ani tym bardziej przeżywać wraz z nim jego rozterek. Zamiast aktywnym uczestnikiem, byłam wyłącznie biernym obserwatorem, niemogącym się doczekać końca.

Jak dla mnie książka Simon oraz inni homo sapiens z pewnością nie jest wciągająca. Nie jest nawet zabawna. A już na pewno nie jest niezwykle wzruszająca - jak czytamy na okładce. Powiedziałabym raczej, że jest to przereklamowany i niedopracowany debiut z wyjątkowo płaskimi i nudnymi bohaterami. Trudno szukać tu głębi, emocji i realizmu. Chyba pouciekały do innych książek.

środa, 2 sierpnia 2017

Lipcowe

Lipcowe zdobycze... sorry porfel

piątek, 28 lipca 2017

Niewolnicza Ameryka

Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 384

Biorę głęboki wdech, a najlepiej trzy i piszę...  z pełną świadomością -
jestem rozczarowana! Chciałabym móc napisać coś zgoła innego, bo naprawdę wierzyłam, że czeka mnie tutaj wielka uczta literacka. Tym bardziej, że Kolej podziemna okrzyknięta została jedną z najważniejszych książek o Ameryce, jaką kiedykolwiek napisano. Otrzymała też wiele nagród, w tym tą jedną - najbardziej prestiżową w USA - nagrodę Pulitzera w kategorii "fikcja literacka". Dziwnie mi więc pisać, że nie potrafię wczuć się w te zachwyty i pojąć fenomenu tej książki. Ale taka jest prawda. Prawdą jest również to, że nie będę nikogo zachęcała do chwycenia po tę pozycję.

Główną bohaterką jest Cora - czarnoskóra niewolnica, która pewnego dnia ucieka z plantacji bawełny w Georgii. Nie ma żadnego planu podróży, żadnego konkretnego celu - wie tylko, że musi znaleźć się jak najdalej od tego wstrętnego miejsca, przesiąkniętego ludzkim bólem, krwią i potem. Cora podąża tajnym szlakiem, zwanym koleją podziemną, którym w XIX wieku przerzucano uciekinierów z południa na północ. W istocie były to bezpieczne miejsca, pomocne domostwa, organizacje i ludzie, którzy z narażeniem życia ukrywali zbiegów. U Whiteheada kolej podziemna jest realnie istniejącą siecią torów i stacji. Tak naprawdę nie wiadomo przez kogo została zbudowana - częściowo nieczynna, zasypana, ukryta pod domami, ważne jednak, że dawała nadzieję na lepsze życie. 

W swej powieści Whitehead ukazuje poszczególne etapy podróży Cory, która nie tylko rozprawia się z własną przeszłością, ale również - poznaje samą siebie. Sporo dowiaduje się też o ludzkości jako takiej, dostrzegając prawdziwą twarz Ameryki. Cora nie wie, jak długo będzie musiała uciekać. Rozumie jednak, że każde bezpieczne miejsce jest jej dane tylko na chwilę, bo przecież... jest ścigana. A łowcy niewolników potrafią być bardzo skuteczni. 

Każdy z bohaterów - tych ważniejszych - pojawiających się w Kolei podziemnej, jest dla mnie dość słabo zarysowany. Nic ich nie wyróżnia i zapewne dlatego, nie mogłam się do nich przekonać. Owszem, współczułam im, ale poza tym nie darzyłam żadnym uczuciem. Sama fabuła też pozostawia niedosyt. Chciałoby się mocniej i głębiej przeżyć tę podróż, stać się jej częścią, ale... ten bezpłciowy przekaz autora skutecznie to utrudnia. Zamiast uczestnikiem, stajemy się jedynie biernymi - zdystansowanymi obserwatorami.

Kolej podziemna to taka powieść wydmuszka. Tyle szumu było wokół tej książki, tyle emocji i oczekiwań, a ona tymczasem okazała się całkiem przeciętna. To, że podejmuje się tematy trudne, a wręcz kontrowersyjne nie czyni książki wyjątkową, ambitną czy wartościową.

wtorek, 25 lipca 2017

Przerażająco aktualna wizja

Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 360

Zrobiłam to... Zmierzyłam się w końcu z książką, która już od dawna figuruje na mojej liście książek do przeczytania. Jest to książka z rodzaju tych, których nie wypada nie znać, ale mi jakoś specjalnie się do niej nigdy nie spieszyło. To nie jest to mój ulubiony gatunek literacki...

Powieść opisuje Londyn, zwany Oceanią, z przyszłości (obecnie jest to oczywiście niedawna przeszłość, pamiętać jednak musimy, że książka została wydana w roku 1949), gdzie jednostka podporządkowana jest wszechpotężnej władzy państwa, która posługuje się przemocą i torturami. Ciągła inwigilacja, kontrolowanie myśli i zachowania czy pisanie historii/przeszłości na nowo - w zależności od potrzeb teraźniejszości - jest tutaj na porządku dziennym. Pojęcia "wolność" i "sprawiedliwość" nie istnieją. Miłość i zmysłowość, zarówno w małżeństwie, jak i poza nim - to zło największe. Życie człowieka, pozbawione swobody samodzielnego myślenia, wyzbyte z wszelkich marzeń i nadziei - nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko Partia, a każdy kto myśli inaczej, jest wrogiem, którego bezwzględnie trzeba zniszczyć - pozbawić życia i wymazać jego ślady. Na czele Partii stoi nieomylny i wszechmocny Wielki Brat, w istnienie którego się nie wątpi, chociaż nikt nigdy go nie widział. Każdy sukces, każde osiągnięcie, każde zwycięstwo, każde odkrycie naukowe, cała wiedza, mądrość, szczęście i cnota wynikają bezpośrednio z jego przewodnictwa i inspiracji (s.191). 

Głównym bohaterem powieści jest Winston Smith - mężczyzna w średnim wieku, odczuwający silną potrzebę buntu. Winston jest rozczarowany swoim życiem i tym, co go otacza. Zaczyna się zastanawiać, czy to co mówi Parta jest prawdą. Któregoś dnia poznaje Julię, w której się zakochuje i która, tak jak on marzy o wyzwoleniu się spod kontroli Wielkiego Brata.

Rok 1984 jest antyutopią, w której kłamstwo powtarzane wiele razy, staje się prawdą. Ostrzeżeniem przed ideologiami, które mogą doprowadzić do moralnej klęski człowieka. Świat przedstawiony przez Orwella jest światem pustym, pozbawionych wyższych uczuć i emocji. Rządzonym twardą ręką przez wybranych, którzy stosują zarówno przemoc fizyczną, jak i psychiczną. Książka zmusza do myślenia i to nie tylko o sprawach politycznych, ale o nas samych.

To bez wątpienia trudna i ciężka, ale z pewnością bardzo ważna i przerażająco aktualna powieść. Ale, jak już pisałam wcześniej - to nie moja bajka. Nie najlepiej się czuję w tego rodzaju literaturze. Momentami wręcz nie chciało mi się jej czytać, tym bardziej że tak drobna czcionka raczej nie działa zachęcająco. Wielu uznaje tę książkę za niezwykle wybitną - za klasyk gatunku, i zapewne tak jest, choć na mnie nie zrobiła aż tak wielkiego wrażenia.

Ciekawostka:
- jawnie krytykująca system komunistyczny powieść Orwella była w Polsce zakazana do roku 1989. Oczywiście funkcjonowała do tego czasu, ale wyłącznie w tzw. drugim obiegu. 

niedziela, 16 lipca 2017

W cieniu indoktrynacji

Wydawnictwo: Znak Literanova
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 336

Bardzo długo "chodziłam" wokół tej książki, nie mogąc się zdecydować - kupić ją czy nie? Niby mnie przyciągała, a jednak zawsze coś innego lądowało w moim koszyku. W końcu podjęłam "męską" decyzję i... kupiłam. A potem żałowałam. Jak dla mnie, książka jest słaba merytorycznie, a do tego miejscami nudna, przegadana.

Pozdrowienia z Korei to połączenie reportażu z pamiętnikiem/wspomnieniami z rocznego pobytu autorki - Suki Kim - w Pjongjangu. Jednak to nie stolica Korei Północnej i nie jej zwykli mieszkańcy są w centrum wydarzeń tejże książki, a studenci uniwersytetu PUST, których Suki uczyła języka angielskiego. Całkiem nowy uniwersytet - bo powstały niedługo przed jej przybyciem do Korei - przeznaczony był wyłącznie dla chłopców - synów wysoko postawionych dygnitarzy partyjnych. Suki bardzo rzadko opuszczała kampus, będący nie tylko jej schronieniem, ale również - więzieniem. A jeśli już, były to wyłącznie aranżowane wyjazdy, a ona zawsze wtedy była bacznie pilnowana. Widziała więc tylko to, co reżim KRLD chciał jej pokazać - co pozwolił jej zobaczyć. I właśnie dlatego można odnieść wrażenie, że autorce tylko się wydaje, że poznała prawdziwą Koreę. Owszem, jest ona Koreanką z urodzenia - urodziła się w Korei Południowej - i z pewnością mocniej, i wyraźniej odbiera KRLD - więcej rozumie, ale mimo wszystko... pozostaje pewien niedosyt. Nie można też nie zauważyć jej niechęci do wszystkiego, poza swoimi studentami, których rzecz jasna, uwielbiała i... braku obiektywizmu, który u reportera powinien być na pierwszym miejscu. Zupełnie zbędne wydają się też fragmenty, w których Suki pisze o sobie, swojej rodzinie czy relacji z kochankiem, pozostawionym gdzieś w Nowym Jorku. To niczego nie wnosi, a dość mocno przeszkadza w trakcie czytania. Spokojnie można by te fragmenty wyciąć bez szkody dla treści.

Pomimo swych wad, książka sprawia, że zaczynamy doceniać to, co mamy. Cieszymy się, że nie jesteśmy, jak studenci PUST - odizolowani od świata, ludzi i technologii. Ci chłopcy od małego kształtowani byli w poszanowaniu władzy i tradycji. Nie tęsknią do innego - lepszego życia, bo takowego nie znają. Wierzą, że jedna Korea Północna ma się świetnie, podczas gdy wszystkie inne kraje zostają w tyle. (s.122) Do internetu, telewizji czy jakichkolwiek wolnych mediów nie mają dostępu lub jest on mocno ograniczony. Ich ogólna wiedza o świecie jest na bardzo niskim poziomie. I nie ważne, że byli to najzdolniejsi i najbystrzejsi studenci w całej KRLD, kiedy zaledwie kilkoro z nich, po długotrwałym plątaniu się, zdołało odgadnąć nazwy i położenie wieży Eiffla czy Stonehenge. Każdy ich dzień był z góry zaplanowany, a każda godzina maksymalnie wykorzystana. Na uczelni obowiązywał system dwójkowy, polegający na dobieraniu studentów w pary. Był to system bardzo rygorystyczny i pozbawiający jakiejkolwiek prywatności. Tacy partnerzy spędzali cały czas razem. Razem siedzieli na zajęciach, razem jedli, a czasami trzymali się za ręce, idąc albo siedząc w klasie. Kiedy jeden ze studentów skręcił nogę w kostce, trochę utykał, ale nie potrzebował kul, jego partner zawsze był przy nim, żeby go podtrzymać. (s.259)

Myślę, że dla osoby niezaznajomionej z tematem Korei Północnej książka ta może wydać się... ciekawa, a nawet szokująca. Jednak dla osób, które znają temat ciut głębiej to... kompletna strata czasu. Jest dużo innych, lepszych. 

wtorek, 11 lipca 2017

Wielki powrót?

Kilka lat temu zachwycałam się debiutancką powieścią Lucie Di-Angeli Ilovan Żniwo gniewu (recenzja → tutaj). Książka ta oparta jest na prawdziwych wydarzeniach z życia rodziny autorki i po dziś dzień zajmuje szczególne miejsce nie tylko na mojej półce, ale i w moim sercu. Lubię do niej wracać i wciąż na nowo przeżywać tę trudną i bolesną, ale jakże piękną podróż do czasów II wojny światowej.

Dziś mam ogromną przyjemność trzymać w dłoniach jej drugą powieść Zapisane w gwiazdach - wydaną przez wydawnictwo Zysk i S-ka i cieszę się jak... dziki kojot! Autorka długo kazała na siebie czekać, liczę jednak, że i tym razem się nie zawiodę i czeka mnie prawdziwa czytelnicza uczta!


poniedziałek, 3 lipca 2017

Życie po stracie... nie jest łatwe

Wydawnictwo: Między Słowami
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 496

Ze wszystkich książek Jojo Moyes, jakie do tej pory przeczytałam, ta zdecydowanie jest najsłabsza. Jej czytanie męczyło mnie na tyle mocno, że zamiast skupić się na treści, cały czas zastanawiałam się - dlaczego Jojo Moyes w ogóle ją napisała? Zdecydowanie bardziej wolałam swoje domysły, odnośnie dalszego życia Lou, aniżeli to, co autorka mi zaserwowała.

Kiedy odszedłeś jest kontynuacją Zanim się pojawiłeś - bestsellera, uwielbianego przez miliony czytelników na całym świecie. Kto czytał, ten zna historię Willa i Lou. Kto zaś nie czytał, odsyłam → tutaj, do mojej recenzji.

Po śmierci Willa, Lou przez jakiś czas podróżowała po Europie. Próbowała żyć - tak, jak obiecała Willowi - po prostu żyć i każdego dnia znajdować nowe powody, dla których warto wstawać z łóżka. Chciała wierzyć, że pomoże jej to pozbierać się po stracie ukochanego. Że pomoże pogodzić się z jego decyzją i jej udziału w tej decyzji. Niestety, okazało się to trudniejsze niż przypuszczała. Nie czuła się szczęśliwa, raczej - dziwnie nie na miejscu. Ostatecznie zdecydowała się osiąść w Londynie - ukochanym mieście Willa, gdzie kupiła mieszkanie i podjęła pracę w barze, na lotnisku. Niestety tutaj również czuje się samotna i bezradna. Okazuje się, że gdziekolwiek pojedzie, cokolwiek będzie robiła... nadal żyje Willem. Rozmawia z nim i myśli o nim nieustannie. Za namową rodziny, zapisuje się na zajęcia terapeutyczne dla osób pogrążonych w żałobie, które nie potrafią sobie z nią poradzić. I choć chodzi na nie systematycznie, nie jest w stanie całkowicie się otworzyć. Pewnego dnia na jej drodze, pojawia się Lily - zbuntowana nastolatka, która okazuje się być... kimś bardzo ważnym dla niej i dla rodziny Traynorów. To dzięki niej, życie Lou nabierze rozpędu. Ich znajomość jest burzliwa, Lou często czuje się wykorzystywana, ale w ostatecznym rozrachunku - pomogą sobie bardziej, niż przypuszczają.

Kiedy skończyłam Zanim się pojawiłeś wyobrażałam sobie, że Lou w końcu wzięła się i za siebie, i za swoją przyszłość. Trzymałam za nią kciuki, bo uważałam, że zasłużyła na coś lepszego. Niestety Kiedy odszedłeś pokazuje, że... nic się nie zmieniło. Lou niczego nie osiągnęła i nadal brakuje jej pomysłu na siebie. Odnoszę wrażenie, że Jojo Moyes także zabrakło pomysłu. Ale nie na siebie, a na kontynuację. Książka jest nudna i tak naprawdę mało się tutaj dzieje.

ps. Ponoć na wiosnę 2018 roku zapowiadana jest brytyjska premiera nowej książki z Louisą Clark w roli głównej. Póki co, jej tytuł i fabuła nie są znane. 

sobota, 1 lipca 2017

Czerwcowe



Moje czerwcowe zdobycze :)

Niemkę i Bad mommy już przeczytałam. Obie świetne! Polecam, recenzje tutaj i tutaj. Pozdrowienia z Korei właśnie czytam, a reszta czeka na swoją kolej.   

piątek, 30 czerwca 2017

Trudy macierzyństwa

Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 488

Rozczarowała mnie ta książka. Po tylu pozytywnych opiniach, które słyszałam i czytałam - chyba za dużo sobie wyobraziłam. Jak dla mnie, Nocne czuwanie jest najzwyczajniej w świecie... nudne, przegadane. To taka książka o niczym, której mogłoby w ogóle nie być, przynajmniej dla mnie. Już dawno w trakcie czytania nie czułam takiej straty czasu i pieniędzy.

Akcja powieści rozgrywa się na niewielkiej szkockiej wyspie Colsay, należącej do rodziny Cassinghamów. To tutaj, z dala od miejskiego zgiełku, Anna i jej mąż - Giles oraz ich synkowie - Raphael i Moth, spędzają lato. Anna jest w trakcie pisania książki o dzieciństwie w Wielkiej Brytanii w drugiej połowie XVIII wieku, Giles z kolei - jako ornitolog, zajmuje się obserwacją maskonurów. I tak, jak Giles całkowicie poświęca się swojej pracy, tak Anna ma problem ze znalezieniem "wolnego" czasu. I nie trudno się domyślić, jaka jest tego przyczyna... dzieci.

Anna kocha swoje dzieci, co do tego nie ma wątpliwości. Ale czasami... ma ich zwyczajnie dość. Jest zmęczona, niewyspana i rozdarta pomiędzy potrzebami chłopców, a obowiązkami domowymi. Tęskni też za czasami, kiedy mąż przynosił jej kwiaty, gotował i dbał, aby w domu nie zabrakło jej ulubionych - drogich soli do kąpieli. Denerwuje ją, że Giles zbyt mało jej pomaga, zostawiając wszystko na jej głowie. Na domiar złego, w czasie prac ogrodowych, Anna odkrywa szkielet małego dziecka - dziewczynki. Na własną rękę próbuje rozwikłać zagadkową śmierć. Chce się dowiedzieć, kim była dziewczynka i dlaczego ktoś zakopał ją w ich ogrodzie.

Prawdę powiedziawszy, kiedy kupowałam Nocne czuwanie, spodziewałam się, że rozwiązanie zagadkowej śmierci, będzie stanowiło główny motyw tej książki. Tak jednak nie jest. Autorka skupia się raczej na pokazaniu, że bycie mamą nie jest taką łatwą sprawą, zwłaszcza, kiedy chce się być aktywną zawodowo. Macierzyństwo zazwyczaj wymaga wielu poświęceń, kompromisów i zaciskania zębów. Większość z nas, zna to doskonale z własnego życia. Ja tak i myślę, że może dlatego, książka ta zupełnie do mnie nie przemawia. Jako mama 4-latka i 15-miesięcznych bliźniaczek, wiem ile sił i mojego własnego "ja" muszę poświęcić dzieciom. Raczej nie miałam ochoty jeszcze o tym czytać. Zdecydowanie wolę książki, które pozwolą mi choć na chwilę odpocząć od tego mojego codziennego kieratu.

Czasami miałam wrażenie, że tak naprawdę nic się tutaj nie dzieje. Akcja płynie wolno i monotonnie. Żałuję, że autorka nie poświęciła większej uwagi rozwikłaniu zagadki tajemniczego pochówku. Pomysł miała może i fajny, ale zdecydowanie zabrakło lepszego rozwinięcia.

czwartek, 29 czerwca 2017

Podróż(e) życia

Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 392

Niemka... to piękna i wzruszająca, a jednocześnie... niezwykle trudna powieść, która na długo zostaje w naszych myślach i w naszym sercu. To powieść, od której zwyczajnie nie można się oderwać. I wreszcie, to powieść, która opowiada o konkretnej tragedii - o pasażerach, którzy w roku 1939 wsiedli na nieszczęsny transatlantyk "St. Louis".

Hanna ma 12 lat i wraz z rodzicami mieszka w Berlinie. Jest szczęśliwym i beztroskim dzieckiem. Niczego jej nie brakuje. Jej rodzice - Alma Strauss i prof. Max Rosenthal są szanowanymi i zamożnymi ludźmi. Niestety, są również... Żydami. I choć do niedawna nie miało to większego to znaczenia, tak wszystko się zmieniło, kiedy do władzy doszli naziści:
Ludzie przestali już się maskować, jeśli chcą kogoś skrzywdzić. To my byliśmy obrazą, policzkiem: oni byli rozsądkiem, obowiązkiem, prawem. [...] my mieliśmy milczeć, siedzieć cicho, kiedy nas kopią. (s.31)
W Berlinie narastają antyżydowskie nastroje. Nikogo już nie dziwią powybijane szyby, pobicia, poniżenia, aresztowania czy odbieranie mienia. Ludzie - w tym rodzina Hanny - zaczynają myśleć o ucieczce na Kubę, które jako jedyne zdecydowało się zapewnić Żydom schronienie. Żadne inne państwo nie chciało zadzierać z Niemcami. Jednakże zorganizowanie takiego wyjazdu nie jest łatwe - całe przedsięwzięcie jest bardzo kosztowne. Należało zdobyć zgodę na wyjazd, zakupić bilety na statek oraz wizy wyjazdowe, tzw. benítezy. Warunkiem rozpoczęcia podróży było również wykupienie biletu powrotnego. 

Hannie i jej rodzicom udało się wsiąść na statek "St. Louis", który zabrał wówczas 937 pasażerów - szczęśliwców, podążających ku wolności. Dwutygodniowa podróż minęła bez większych problemów. Kapitan statku - Gustav Schröder - pomimo tego, że był Niemcem, dbał o swoich pasażerów. Robił wszystko, co w jego mocy, aby nie czuli się oni, jak ludzie drugiej kategorii. Prawdziwe kłopoty nastąpiły dopiero, kiedy dopłynęli do Hawany. Okazało się bowiem, że tydzień przed tym, jak statek wyruszył w morze, prezydent Kuby, Federico Laredo Brú, ogłosił Dekret 937 [...], w którym anulował wizy przyznane przez Beníteza (s. 367-368). Mówiąc krócej - ich wizy po prostu straciły ważność. I nikogo nie obchodziło, że większość z nich na te dokumenty, poświęciła oszczędności całego swojego życia. Ostatecznie, władze Kuby zezwoliły garstce wybrańców zejść na ląd. Czy była wśród nich Hanna i jej najbliżsi? A co z pozostałymi pasażerami, którym odmówiono schronienia? Koniecznie doczytajcie o tym w książce...

Równolegle z historią Hanny poznajemy... historię Anny, która mieszka z matką w Nowym Jorku. Anna jest bardziej współczesną bohaterką - jej opowieść zaczyna się w roku 2014. Jest zaradną, ale bardzo samotną dziewczynką. Pomimo swojego młodego wieku - ma zaledwie 12 lat - zajmuje się domem i depresyjną matką. Jej sąsiad mówi o niej mała dziewczynka, że starą duszą. Ojca nigdy nie poznała, gdyż zginął zanim się urodziła. Pewnego dnia Anna dostaje tajemniczą przesyłkę z... Hawany, która całkowicie odmieni jej życie. Podążając tajemniczymi tropami, Anna odkryje swoje korzenie i spełni jedno z najskrytszych marzeń - w końcu "pozna" swojego ojca. 

Dwie dziewczynki, dwa życia, dwa światy... niby wiele je dzieli, a jednak - znacznie więcej łączy. Obie próbują odnaleźć się w swojej rzeczywistości - oswoić świat, na swój dziecięcy sposób. Obie zbyt dojrzałe, jak na swój wiek. I obie... kochają tego samego człowieka.

Niemka jest powieścią refleksyjną, pełną smutku i rozczarowań.  Połączeniem fikcji literackiej z faktami historycznymi. Przeszłosci z teraźniejszością. To powieść, która chwyta za serce. I nie ważne, że o holokauście powiedziano i napisano już wiele - Niemka jest jedyna. Niepowtarzalna.

wtorek, 27 czerwca 2017

W cieniu obsesji

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 320

Wow... Tarryn Fisher wbiła mnie w fotel. Totalnie zawładnęła moim czasem i moimi myślami. A ja... no cóż, zupełnie się tego nie spodziewałam. Myślałam, że będzie to kolejna - wychwalana przez innych - książka, która mnie nie porwie i nie zachwyci. A jednak, stało się inaczej. Bad mommy czytało mi się rewelacyjnie! Wręcz nie mogłam się oderwać. Jeśli inne książki tej autorki są równie dobre i tak wciągające - chcę je wszystkie. Tu i teraz :)

Fig nie jest normalna i... doskonale o tym wie. Bardzo wcześnie, bo już w dzieciństwie, zaakceptowała, że zostanie sama, bo nie znalazła nikogo takiego, jak ona. Jej przyjaciółmi były osoby, które tylko ona widziała, a jako dorosła - większość swoich znajomości zawierała przez internet. Fig obserwowała ludzi, a potem chciała tego, czego oni chcieli. Była głodna życia i uwagi. Uważała, że większość ludzi nie zasługuje na to, co ma. A już z pewnością - na to, by mieć dzieci, zwłaszcza kiedy ona ich mieć nie może. Raz jej się prawie udało, ale potem nagle jej dziecko - jej córeczka - zniknęła. Fig tak bardzo pragnie dziecka, że kiedy zupełnym przypadkiem spotyka dziewczynkę, która jest w wieku, w jakim byłaby jej córka - zaczyna wierzyć, że to jej własne, odnalezione dziecko:
Gdy tylko ją zobaczyłam, obudziłam się z długiego snu [...] Zamknęłam oczy i podziękowałam wszechświatowi za ten dar [...] To była ona. Wiedziałam o tym. Wszystko, czego pragnęłam. Wszystko, na co liczyłam. (s.9-10)
Nagle wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. Fig została mamą prawdziwej dziewczynki. Od tej chwili wiedziała, że nic już ich nie rozdzieli. Zaczyna śledzić małą Mercy i jej rodziców. Ustala, gdzie mieszkają i obserwuje ich dom, by poznać zwyczaje rodziny, a następnie... wprowadzić się obok i zaprzyjaźnić z nimi. 

Jolene i Darius Avery są szczęśliwym młodym małżeństwem, wspólnie wychowującym kilkuletnią Mercy. Mają swoje grono zaufanych przyjaciół, lecz kiedy Fig wprowadza się do sąsiedniego domu, Jolene chętnie zaprasza ją na herbatkę. Najpierw jedną, potem drugą... aż w końcu nowa sąsiadka staje się stałą bywalczynią ich domu i nieodłącznym elementem życia rodziny. Fig w bardzo krótkim czasie zaskrabia sobie sympatię małej Mercy. Dla Jolene z kolei, staje się kimś w rodzaju powiernicy. Jednak, jak nie trudno się domyślić - jej rady i zainteresowanie, nie są szczere. Dla Fig, Jolene jest złą mamą, która nie tylko nie zasługuje na Mercy, ale i... na Dariusa. Bo przecież, co Fig zrozumie z czasem, on również pisany jest jej.

Darius...no właśnie. Niby jest idealnym mężem i ojcem, ale od początku czujemy, że coś z nim jest nie tak. Jako jeden z pierwszych dostrzega niepokojące zachowanie Fig - jej usilne upodobnianie się do Jolene. Ostrzega nawet swoją żonę, próbuje pokazać prawdziwe oblicze ich sąsiadki, a jednocześnie sam zbyt mocno pozwala jej wniknąć do ich życia. 

Książka jest niesamowita. Kiedy wydaje nam się, że coś tam już wiemy i rozumiemy - nagle BUM, okazuje się, że jest zupełnie inaczej. Mnie osobiście najbardziej zaintrygował Darius. Jak już wcześniej napisałam, przypuszczałam, że coś z nim jest na rzeczy, ale tego... się nie spodziewałam. To, czego się o nim dowiadujemy - zwala z nóg. Serio. Bardzo spodobał mi się też pomysł prowadzenia narracji z trzech różnych punktów widzenia, dzięki czemu na całą historię spoglądamy z szerszej perspektywy. Każdy z narratorów dorzuca swoją cegiełkę, odkrywając to, co pozostali przemilczeli lub zwyczajnie o tym nie wiedzieli.

Tarryn Fisher pokazuje nam świat psychopatów i socjopatów - ludzi nieprzystosowanych do życia. Manipulatorów, egoistycznie skupionych na sobie i swoich potrzebach. To świat obsesji, problemów i urojeń. Świat niebezpieczny i budzący niepokój, a jednocześnie - szalenie wciągający.

środa, 14 czerwca 2017

Nauka kontra religia

Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 536

No i mam dylemat. Nie bardzo wiem, jak ocenić tę książkę. Ona nie jest zła, właściwie to jest całkiem dobra, ale chyba spodziewałam się czegoś innego i przez to Misja encyklopedia zupełnie mnie nie porwała. Liczyłam na wartką powieść akcji, przepełnioną pojedynkami i spiskami - niczym w Trzech muszkieterach, a tymczasem otrzymałam... traktat filozoficzny.

Hiszpańska Akademia Królewska specjalizująca się w tworzeniu słowników, dbaniu o gramatykę i ortografię, postanawia sprowadzić do Hiszpanii Wielką Encyklopedię Francuską - jedno z tych twórczych i znaczących, rzadkich w historii ludzkości dzieł, które oświecają swych czytelników i otwierają wrota do szczęśliwości, kultury i postępu narodów (s. 30). I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż to 28 tomowe dzieło znajduje się na indeksie ksiąg zakazanych przez Święte Oficjum. Dla kościoła Encyklopedia to potok niewiary i bezbożności, który obraża całą tradycję i wszystko, co uczciwe (s. 41). I z tego właśnie powodu, sprowadzenie Encyklopedii staje się misją tajną i niebezpieczną, a do jej wykonania zobowiazano dwóch akademików - bibliotekarza don Hermógenesa Molinę oraz admirała don Pedro Zárate. 

Fabuła i intryga powieści nie są szczególnie zawiłe, mimo to nie jest to powiesć, którą czyta się błyskawicznie. Nadmiar niekonczących się rozmów o sprawach fundamenalnych, takich jak - władza, religia czy nierówność społeczna, sprawiają że książka staje się miejscami nudnawa, a my czujemy się znużeni. Dla mnie osobiście najbardziej interesująca była sama końcówka powieści, gdyż nie tylko najwięcej się tam działo, ale... jak się działo! Był pojedynek, oskarżenie o szpiegostwo i pościg. Na takie wydarzenia czekałam od samego początku i żałuję, że autor "zaserwował" je tak późno i w tak ograniczonej ilości. Te fragmenty naprawdę dobrze mi się czytało i myślę, że gdyby było ich więcej, odbiór książki byłby zupełnie inny. 

Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie konstrukcja książki. Autor zdecydował się na coś, z czym rzadko spotykamy się w tego typu powieściach. A mianowicie - zaprosił nas za kulisy swojej książki. Pokazał, jak wpadł na pomysł i jak wyglądała jego praca. Na czym się skupiał i co było dla niego ważne. Gdzie szukal informacji i inspiracji. Taki zabieg bez wątpienia obnaża narratora, jednak z drugiej strony sprawia, że bardziej go doceniamy, kiedy widzimy, ile wysiłku i zaangażowania potrzeba, aby napisać książkę. Okazuje się, że to wcale nie takie proste i czasem sam pomysł nie wystaczy, zwłaszcza, tak jak w tym przypadku, kiedy autor sięga po fakty historyczne.

środa, 7 czerwca 2017

Arthur i jego podróż

Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 352

To kolejna książka, która trafiła do mnie ponieważ zachwyciłam się jej okładką. Niby taka prosta i zwyczajna, a jednak... coś w sobie ma. Wcześniej o tej książce nie słyszałam - mam ją z wymiany, także nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Ale zaryzykowałam i bardzo się z tego cieszę, bo niezwykle mocno polubiłam Athura Peppera.

Arthur Pepper ma 69 lat i od roku jest wdowcem. Prowadzi spokojne, dość rutynowe życie. Pomimo upływu czasu, Arthur wciąż jeszcze nie pogodził się z odejściem żony, z którą przeżył 40 cudownych lat:
Rozpaczliwie tęsknił za kobietą, którą kochał [...] Dom bez niej przestał być domem. To tylko ściany, dywan i krzątający się tam głupi stary dziad. (s.271)
Pewnego dnia jednak postanawia uporządkować jej rzeczy. Wie, że musi się z tym zmierzyć, ale nie jest to dla niego łatwe zadanie. Właściwie jest to pomysł jego córki, która uważa, że pomoże mu to poczuć się lepiej i ruszyć dalej. I wtedy właśnie trafia na tajemniczą bransoletkę, której nigdy wcześniej nie widział:
Wydawała się stara. Pięknej roboty. Każdy detal na przywieszkach miał wyraźny kształt. Arthur wytężył pamięć, ale nie mógł sobie przypomnieć, żeby Miriam kiedykolwiek coś takiego nosiła albo pokazala mu któryś z wisiorków. (s.15)
To niespodziewane odkrycie powoduje, że Arthur podejmuje działania, na które nigdy wcześniej by się nie zdecydował. Bransoletka budzi w nim potrzebę, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o swojej żone. Czegoś o czym ona nigdy wcześniej nie opowiadała. I tak rozpoczyna się jego podróż, której kierunek nadają zawieszki z bransoletki. Jest to podróż egzotyczna i oczyszczająca. Arthur odkrywa niezwykłą przeszłość swojej żony, ale również na nowo poznaje siebie. Każda napotkana osoba, każda historia, której wysłuchuje - zmieniają jego postrzeganie świata i siebie samego. Odnawia też kontakty z dziećmi, które do tej pory nie należały do najbardziej udanych. Przede wszystkim zaś zaczyna cieszyć się życiem, dostrzegać i doceniać, to co ma i to, kim jest.

Osobliwe szczęście Arthura Peppera to niezwykła książka - mądra, wzruszajaca i piękna. Niby lekka, a jednak niosąca ukryte przesłanie i ogromną dawkę pozytywnej energii. Ważne, aby zrozumieć, że pomimo odejścia bliskiej osoby, nasze życie nadal może być piękne i wartościowe. A my szczęśliwi i spełnieni. Trzeba tylko dać sobie szansę.

środa, 31 maja 2017

Moje majowe nowości :)


Już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła je wszystkie przeczytać. Póki co, udało mi się to tylko w przypadku 2 książek: Zła miłość (recenzja tutaj) oraz Polska odwraca oczy (recenzja tutaj). Bardzo boję się książki Witolda Szabłowskiego Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia. Jakiś czas temu widziałam film Wołyń Smarzowskiego i przyznaję, że do tej pory nie potrafię o nim zapomnieć. Ani się pozbierać. Boję się, że książka wywoła u mnie podobne emocje.

wtorek, 30 maja 2017

Polska naszych czasów


Wydawnictwo: Świat Książki 
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 234

Sięgając po te reportaże mniej więcej wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Książka cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, także docierały do mnie relacje i opinie innych. Poza tym, niektóre z tych reportaży udało mi się śledzić na bieżąco, kiedy poruszane były w telewizji. A mimo to, książka była dla mnie dużym wstrząsem. Ogromnym ciosem w serce, po którym ciężko mi się pozbierać. I nie wiem, co bardziej mnie przeraża - to, jak do tego w ogóle mogło dość? Czy raczej to - dlaczego odwracamy oczy, udając, że tego wszystkiego nie widzimy?

W zbiorze Polska odwraca oczy Justyna Kopińska powraca do bulwersujących spraw, którymi w ostatnich latach żyła cała Polska. Większość tych tekstów zwraca uwagę na całkowity brak odpowiedzialności za złe działania i równie złe decyzje. Kopińska obnaża niedoskonałości polskiego systemu prawnego. Pokazuje bezbronność jednostki wobec władzy, której opieszałość i absurdalność niszczą w człowieku wiarę w dobro i sprawiedliwość.

Reportaży jest w sumie 16, a wśród nich m.in. rozmowa z żoną Trynkiewicza, "metody wychowawcze" siostry Bernadetty,  wymuszanie przez prezydenta Zduńskiej Woli łapówek od podwładnych w zamian za pracę czy sprawa gwałtu na tłumaczce ze szpitala w Elblągu. Wszystkie mocne, bardzo ciekawe i wciągające, a zarazem wstrząsające i skłaniające do refleksji - do zastanowienia się, w jakim świecie żyjemy i jakimi ludźmi się otaczamy.  

Nie potrafię wskazać, który reportaż był dla mniej najtrudniejszy, najbardziej bulwersujący. Wszystkie bowiem zawierały fragmenty, które musiałam czytać po kilka razy, bo nie mogłam uwierzyć w to, co czytam:
Mariusz nie jest psychopatą, ludzie nie biorą pod uwagę, że po pierwsze, te zabójstwa były dawno, a po drugie nie wiadomo, kim obecnie byłyby te dzieci. Może wyrosłyby na zabójców lub złodziei. Kto włóczy się samotnie przy rzece w wieku kilkunastu lat? To jest dopiero brak odpowiedzialności. (reportaż o Trynkiewiczu, s.18)
I dalej, w tym samym reportażu, czytamy: Według mnie w przypadku osiemdziesięciu procent molestowań i gwałtów ofiara sama jest sobie winna. Nikt mi nie wmówi, że jak dzieci idą samotnie do księdza na plebanie, to nie przeczuwają, że coś złego może się wydarzyć. Dzieci to nie są głupie owieczki. Przecież jak kobieta biegnie po lesie kabackim w legginsach lub czeka na autobus nocny pod wpływem alkoholu, to sama prosi się o gwałt. (s.18-19)
Statystyki w policji w ogóle odgrywają zbyt dużą rolę. Dochodzi do absurdów. Na przykład policjanci mają złe wyniki przestępstw korupcyjnych, nie wykryli żadnych ważnych spraw. Więc szukają na siłę. Raz znaleźli pijanego staruszka obok supermarketu. Chyba bezdomny człowiek. Obudzili go, a on wyjął banknot i wybełkotał: Panowie zostawcie mnie. Pewnie nawet nie był świadomy, co robi. Ale aresztowali go za próbę przekupstwa policjantów. (reportaż o statystykach w policji, s.62) 
W ośrodku  dzieci gwałciły się niemal codziennie. Długopisami, ołówkami, butelkami. I już nie będą żyć normalnie. Wszyscy przymykali oczy. Tak zwane dobre siostry, które tam pracowały, a które same bały się Bernadetty, nauczyciele, psycholodzy i inny. Nie wierzę, że nikt o tym nie wiedział. Po prostu ludzie nie chcą się mieszać. Nie wierzą, że potrafią coś zmienić. (reportaż o wychowankach siostry Bernadetty, s.156)
Funkcjonariuszka pytała, czy na pewno sama tego nie chciałam. Sugerowała, że zmyślam, bo ona krzyczałaby głośniej i pobiłaby gwałciciela. Tłumaczyłam, ze był zbyt silny, byłam przerażona, dostałam ataku padaczki. Ale te słowa jakby do niej nie docierały. Powtarzała, żebym nie opowiadała nic, czego nie jestem pewna na sto procent, no jeszcze oskarżę niewinnego człowieka. Wyraźnie sugerowała, że powinnam o tym zapomnieć,bo do sytuacji doszło w trakcie zabawy. (reportaż o gwałcie na tłumaczce z Elbląga, s.203)
Ogromnym plusem tej książki jest podejście Kopińskiej. Ona nie ocenia, nie upiększa i nie moralizuje. W sposób rzeczowy pokazuje prawdziwe historie, które dla wielu pozostają tematem tabu czy niewygodnymi prawdami. W swym dociekaniu prawdy nie opiera się na sensacji czy medialnym obrazie. Ona idzie dalej, drąży głębiej.

To nie jest łatwa książka. Nie czyta się jej lekko i przyjemnie. Czasem potrzebne są momenty odpoczynku - chwile na wzięcie głębszego oddechu. Ale... WARTO ją przeczytać. Zdecydowanie.

piątek, 26 maja 2017

W szponach toksyczności

Wydawnictwo: Burda Publishing Polska
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 300

To jedna z tych książek, które kupiłam wyłącznie ze względu na okładkę. Tak bardzo mnie ona zachwyciła, że nawet tytuł, który kojarzy mi się z tanim romansidłem, nie mógł mnie odstraszyć. Ostatecznie jednak książka okazała się całkiem udanym zakupem. Może mnie nie zachwyciła, ale... dobrze mi się czytało.

W dniu swoich 5 urodzin Marzena dostaje wielkie pianino. Czuje się zaskoczona takim prezentem, bo zupełnie nie wie, po co jej ono. Przecież nie potrafi grać. Nigdy nawet nie planowała muzycznej kariery. Za to jej matka - Joanna, owszem. Co prawda, to ona miała zostać wielką pianistką, koncertować i błyszczeć na scenie, ale skoro jej się to nie udało, wymyśliła sobie, że Marzenka nią zostanie: 
Żeby żyć godnie, trzeba być kimś. Wiesz, jak tylko się urodziłaś, rozważałam dla ciebie dwie drogi kariery: muzyczną albo prawniczą, gdyby się okazało, że nie odziedziczyłaś po mnie zdolności artystycznych.. Jednak, dzięki Bogu, bo modliłam się o to nieustannie, masz i słuch, i talent. Będziesz wielką pianistką, zobaczysz. Już ja o to zadbam. (s.56)
Matka zabrała jej wszystkie zabawki. Zabroniła też widywać się z przyjaciółkami, a mimo to, jak to dziecko, Marzenka wierzyła, że matka chce dla niej dobrze. Pokornie więc poddawała się wszystkim jej nakazom i zakazom. Nie potrafiła oddzielić swych pragnień, od pragnień matki, jej opinii od swoich. Na ojca nie mogła liczyć, bo choć był dla niej dobry i wyrozumiały, to jednak nie potrafił walczyć. Nie potrafił przeciwstawić się własnej, nieznoszącej sprzeciwu, żonie.

Jedyną sojuszniczkę Marzenka odnalazła w osobie babci Anieli - genialnie wykreowanej postaci. Tylko z babcią mogła porozmawiać szczerze i otwarcie. Tylko ona chciała i próbowała ją zrozumieć. Często przymykała oko na to, co z pewnością nie uszłoby w obecności mamy Marzenki. Na więcej też pozwalała, a jak trzeba było, to i ratowała z opresji.

Z czasem jednak, kiedy wrodzony wszystkim dzieciom bezkrytycyzm, zaczęły wypierać próby analizowania rzeczywistości, Marzenka zaczyna się buntować. I choć trochę czasu jej to zajęło, w końcu zrozumiała, że postępowanie matki nie jest ani dobre, ani prawidłowe. Jednak czy wystarczy jej siły i determinacji, aby odciąć się od tej toksycznej miłości? Przecież nie raz już matce wybaczała - bicie, brak matczynych uczuć. Nie raz też ją tłumaczyła.

Zła miłość to dramatyczna opowieść o zabranym dzieciństwie. O życiu dziecka w cieniu matki. A jednocześnie, to opowieść o tym, że każdy powinien iść własną drogą. Żyć własnymi marzeniami i samemu o sobie decydować. Początkowo czułam ogromny żal do matki Marzenki. Byłam na nią wściekła, że swoje niezrealizowane plany i marzenia przerzuca na swoją córkę, ograniczając ją tym samym. Nie pozwalając rozwinąć własnych skrzydeł. Z czasem jednak zrozumiałam, że i ona została skrzywdzona, a dziś jedynie powtarza błędy swojej matki. Co prawda, jej krzywda była ciut innej natury, ale to wystarczyło, aby zatraciła się w swoich ambicjach. To daje do myślenia. Pokazuje, jak każda nasza decyzja wpływa na życie innych. Nawet ta pozornie nieszkodliwa. Może nie jest to lektura wybitnych lotów, ale mimo to, można z niej wyłapać wiele cennych rad i mądrości, dlatego warto po nią sięgnąć.

czwartek, 18 maja 2017

Kozły, Strzygi, Kikimory, czyli o tym jak na końcu świata Słaboniowa za diabłami "lata"

Wydawnictwo: Oficynka
Rok wydania:
 2013
Liczba stron: 448

Fantastyka nie jest moją mocną stroną, dlatego raczej po nią nie sięgam, ale tej książki nijak nie mogłam sobie odmówić. Owszem, próbowałam, ale jak widać... nie wyszło. Po pierwsze dlatego, że dużo dobrych opinii o niej słyszałam. A po drugie - nie jest to taka typowa fantastyka, przynajmniej w moim odczuciu. Nie znajdziemy tu młodocianych czarodziejów, wilkołaków, elfów czy innych krasnoludów. Nie, nie... to nie ten kierunek. Tutaj spotykamy coś lepszego - Kozły, Kikimory, Strzygi, Czarownice i Zmory, czyli postaci zaczerpnięte z mitologii słowiańskiej.

Akcja powieści rozgrywa się w niewielkiej wsi - Capówka, leżącej gdzieś na wschodzie kraju, gdzie nowoczesność walczy z tradycją, a dawne wierzenia i zabobony ze słowami księdza głoszonymi z ambony. Zdawać by się mogło, że życie mieszkańców Capówki toczy się leniwie i spokojnie, wręcz sennie. Ale tak nie jest, bo we wsi od czasu do czasu harcują moce nieczyste - przebiegłe istoty, cieszące się z ludzkiego nieszczęścia. A kiedy tak harcują to ani ksiądz, ani lekarz, ani nawet policjant nie pomogą, ino stara Słaboniowa. Teofila, z domu Maciorkowska, która wie wszystko o siłach diabelskich i sprawach nadprzyrodzonych.

Przez swoich sąsiadów, Słaboniowa zwana jest wiedźmą, co to urok rzucić potrafi i do kościoła nie chodzi, ale w gruncie rzeczy, nikt się jej nie boi. A kiedy trzeba, to po radę i na herbatkę zajdą:
Ludzie różnie gadajo – powiedziała Słaboniowa. – Niby w zabobony tera już wierzyć nie idzie, ale jak przyjdzie co do czego, to ratunku i u starej baby poszukajo. Ja już nie takie rzeczy widziała. 
Słaboniowa to prosta, typowo wiejska kobieta. Taka zwyczajna, chciałoby się rzecz, ale to nie do końca prawda, bo Słaboniowa skrywa pewną mroczną tajemnicę i wiele wskazuje na to, że Kozła - tego najgorszego z najgorszych, zna całkiem dobrze. Poza tym jest całkiem odważna, bystra i spostrzegawcza. Czasem się obraża, ale na krótko. No i wygarnąć potrafi, jeśli trzeba. Jest też bardzo stara, sama nie wie, ile właściwie ma lat. Już dawno przestała liczyć. I choć zmęczona jest już życiem i reumatyzmem, i umierać by chciała, do męża dołączyć - nie będzie jej to dane, bo Słaboniowa, jak nikt inny ma zadanie do wykonania. Całej wsi strzec musi, bo tylko ona wie, jak z diabłem rozmawiać, jak przekupić kikimorę lub przepędzić zmorę. Egzorcyzmy też przeprowadzać będzie, bo księdzu tylko kawa i jedzenie w głowie. A i zagadkę morderstwa rozwiąże. I Południcy odejść pomoże. Trzeba przyznać, że stara Słaboniowa będzie miała ręce pełne roboty.

Stara Słaboniowa i spiekładuchy to niesamowita, nietypowa i paskudnie wciągająca powieść. Tutaj nie ma niczego sztucznego czy przerysowanego. Wszystko idealnie trafia w swój czas i miejsce. Idealny też jest język, czyli żywa, wiejska gwara (inaczej być nie mogło, prawda?), którą dziś już mało kto się posługuje. Co ważne, nie stanowi to żadnego utrudnienia w czytaniu, wręcz przeciwnie - sprawia, że mocniej wczuwamy się w realia, w ten swojski klimat. A jak już przy klimacie jesteśmy, nie mogę nie wspomnieć o niezwykłych ilustracjach zamieszczonych w książce, a stworzonych osobiście przez samą autorkę. To bez wątpienia bardzo przyjemny dodatek, który znacznie ułatwia wyobrażenie sobie tego, czy innego czorta.




















Zdecydowanie polecam!

----------------------
Gratuluję autorce warsztatu literackiego (pisałam już, że to debiut p. Łańcuckiej? Nie... no to już wiecie), wyobraźni i cudownej kreacji starej Słaboniowej. Cieszę się, że sięgnęła Pani po coś tak niesłychanie ciekawego, a dziś zupełnie zapomnianego i pomijanego, czyli po mitologię słowiańską. Uwielbiam Panią i Teofilę, rzecz jasna. I jeśli mogę... mam jedną prośbę - Pani Łańcucka, niech Pani napisze drugą część, bo ledwie skończyłam czytać, a już za Słaboniową tęsknie!

wtorek, 16 maja 2017

W cieniu tyrana

Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 656

Jej ojca - jednego z najbardziej krwawych zbrodniarzy XX wieku - zna każdy. Lub prawie każdy. Lecz jej imię dla większości pozostaje nieznane. Ona sama starała się uciec od rozgłosu bycia córką komunistycznego dyktatora. Nie chciała być postrzegana przez pryzmat swego nazwiska - jego nazwiska. Czy jej się to udało? I kim właściwie była... córka Stalina? Czy rzeczywiście żyła, jak księżniczka?

Swietłana była najmłodszym dzieckiem Stalina. Jego jedyną, ukochaną córeczką. Nazywał ją "wróbelkiem" czy też "Swietanką". Jej wczesne dzieciństwo było szczęśliwe i beztroskie. Było też niezwykle tłoczne - obok niej zawsze pełno było ciotek, wujków, kuzynów i przyjaciół rodziców. Swietłana mieszkała na Kremlu, posiadała służbę, miała najlepszych nauczycieli, guwernantki i swoją ukochaną nianię. Z czasem jednak jej życie rodzinne zaczęło nabierać ciemniejszych barw. Gdy miała zaledwie 6 lat, jej matka - Nadieżda Alliłujewa - popełniła samobójstwo. Od tej pory życie Swietłany dzieli się na dwa etapy - przed i po śmierci matki.

Niełatwy charakter jej ojca pogorszył się wtedy już na zawsze. Czasami nie widywała go tygodniami. Tym, którzy opiekowali się Swietłaną i jej bratem, przykazał, aby ich nie rozpieszczali i nie przyzwyczajali do luksusu. A jednak Swietłana była wówczas przywiązana do ojca. Kochała go i czuła, że on również ją kocha (na swój surowy sposób). Była mu posłuszna. Pilnie się uczyła i przynosiła dobre stopnie. Któregoś dnia jednak wszystko się zmienia i na wyidealizowanym wizerunku ojca zaczynają pojawiać się rysy. Swietłana zaczyna dostrzegać jego okrucieństwo i podłość. Wokół niej zaczęli ginąć ludzie - ofiary czystki. Byli to nie tylko zwykli obywatele, ale i członkowie jej rodziny - ciotki i wujkowie. Osoby dobrze jej znane i przez nią kochane. Swietłana nie mogła już dłużej słuchać ojca, nie chciała napawać go dumą. W poszukiwaniu spełnienia i miłości, rzucała się w ramiona kolejnych mężczyzn, przeżywając burzliwe miłości. Zazwyczaj jednak jej związki kończyły się katastrofą.

Po śmierci Stalina w 1953 roku, Swietłana próbowała odnaleźć własną drogę życiową. Odcięła się od swych korzeni, przyjmując nazwisko matki - Alliłujewa. Mimo to, nadal cieszyła się pewnymi przywilejami, których jej nie odebrano. W 1967 roku, doprowadzona do ostateczności, Swietłana ucieka do USA, pozostawiając w kraju dwójkę dzieci, które nigdy jej tego nie wybaczą. Wierzyła, że nowy kraj zapewni jej "nowy start", tak się jednak nie stało. Nie znalazła upragnionego szczęścia. Wiele razy się przekonała, że gdziekolwiek by się nie udała, zawsze będzie postrzegana, jako córka Stalina.

Rosemary Sullivan stworzyła niezwykłą opowieść o kobiecie, która całe życie spędziła w cieniu wielkiego tyrana - swego ojca. Opowieść trudną i emocjonalną, a zarazem barwną i intrygującą. Z jednej strony Swietłana jawi się nam, jako osoba silna i zdeterminowana, ale z drugiej wydaje się być zagubiona i samotna. Usilnie próbowała znaleźć miłość i akceptację, jednak z nikim nie potrafiła stworzyć trwałej relacji. Nawet z własnymi dziećmi. Czasami było mi jej żal, ale zaraz potem dostrzegałam jej wybuchowość i trudny charakter. Odnoszę wrażenie, że była bardziej podobna do ojca, niż przypuszczała lub... chciała się do tego przyznać. Bez wątpienia Stalin miał ogromny wpływ na to, kim się stała i jaka była.

Książka wciąga już od pierwszych stron. Zachwyca bogactwem informacji, które autorka dogłębnie zbadała na przestrzeni wielu lat - odwiedzając miejsca związane ze Swietłaną oraz rozmawiając z jej krewnymi i przyjaciółmi. To ogromna i szczegółowa biografia, którą bardzo dobrze się czyta. Ona nie przytłacza i nie nudzi. To kawał dobrej roboty.

*zdjęcie Swietłany ze Stalinem pochodzi z wikipedii

środa, 10 maja 2017

Nie oceniaj książki po okładce

Wydawnictwo: Między Słowami
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 512

Patrząc na okładkę tej książki zastanawiam się, jak ona ma się do treści? Jest ładna i przyciąga wzrok - to prawda, ale to nie zmienia faktu, że nie potrafię znaleźć powiązania. Wiem, że to może nie jest aż tak istotne i niepotrzebnie się czepiam, wszak nie wpływa to na treść książki, ale... mimo wszystko jest to dla mnie dość znaczący minus. Podobnie zresztą, jak opis na tylnej okładce. Odnoszę wrażenie, że krzywdzi książkę. Nie jest zbyt zachęcający i podobnie, jak okładka, nie oddaje rzeczywistego klimatu całej historii. Gdybym kierowała się wyłącznie tymże opisem, z pewnością ominęłabym książkę szerokim łukiem. A to naprawdę jest dobra powieść. Wciągająca i wzruszająca. Ukazująca pisarstwo Jojo Moyes z zupełnie innej perspektywy.

W Dziewczynie, którą kochałeś śledzimy losy dwóch kobiet, żyjących w innym miejscu i czasie - Sophie i Liv. Sophie jest Francuzką i wraz z siostrą prowadzi mały hotelik na północy Francji, w miasteczku St Péronne. Zewsząd otacza je strach i głód, bo właśnie trwa I wojna światowa, a kraj okupowany jest przez Niemców. Początkowo  miejscowa ludność stara się wzajemnie wspierać w tych ciężkich czasach, lecz kiedy nowy komendant stacjonującego w miasteczku wojska, każe siostrom przygotowywać posiłki dla oficerów, zaczynają one odczuwać społeczne odtrącenie. I nie ważne, że tak naprawdę nie miały wyboru, bo przecież z wrogiem się nie dyskutuje - dla sąsiadów staje się jasne, że kolaborują z Niemcami. Na domiar złego, Sophie wpada w oko komendantowi, którego zachwyca również przedstawiający ją obraz, namalowany przez jej ukochanego męża.

Liv - żyjąca w czasach nam współczesnych - jest młodą wdową, która pomimo upływu czasu, nie potrafi pogodzić się ze swoją stratą. Wciąż żyje przeszłością i nie do końca wie, co ma zrobić ze swoim życiem. Jej mąż był zdolnym architektem, zbudował dla nich dom, na który teraz jej nie stać. Właściwie to na wiele rzeczy jej już nie stać. Pewnego dnia wszystko się jednak zmienia. Jej życie ponownie nabiera barw. Liv poznaje Paula... Lecz szczęście nie trwa zbyt długo. Poróżnia ich obraz, który zdobi sypialnię Liv. Ten sam, który sto lat wcześniej wisiał na ścianie hotelu Sophie, a który teraz próbują odzyskać jej dalecy spadkobiercy. Jednak Liv nie zamierza oddać go bez walki, zbyt wiele on dla niej znaczy.

Dziewczyna, którą kochałeś to dobrze napisana, wielopłaszczyznowa opowieść o życiu i miłości, o tęsknocie i nadziei. To opowieść o walce i wierze, odwadze i o poświęceniu. Wszystko tutaj ma swój czas i swoje miejsce. Jojo Moyes wykreowała ciekawych bohaterów. Ich emocje i sposób działania zdają się być doskonale przez autorkę przemyślane. Osobiście bardziej cenię sobie Sophie i jej historię. Do Liv przekonywałam się dłużej. Początkowo nie mogłam zrozumieć jej dziwnego przywiązania do obrazu. Denerwował mnie też jej upór. Jednak kiedy poznałam bliżej jej motywację, zaczęłam inaczej na wszystko spoglądać. Właściwie to zaczęłam jej nawet kibicować. 

Powieść czyta się lekko i przyjemnie, a język jest prosty i zrozumiały. Akcja trzyma w napięciu, ale nie oznacza to, że pędzi ona szalenie do przodu. Dzieje się wręcz odwrotnie. Powoli, krok po kroku, podążamy z miejsca na miejsce i odkrywamy kolejne fakty. I nie szkodzi, że historia Liv i Paula trąca typowym romansidłem, bo i tak nie sposób się oderwać od tej książki. 

-------------------------------------------
Jojo Moyes podbija serca czytelników na całym świecie. Moje jeszcze nie w całości należy do niej, ale tylko dlatego, że literatura kobieca nie jest moją mocną stroną i po prostu potrzebuję więcej czasu. Jak do tej pory, poza Dziewczyną, którą kochałeś przeczytałam wyłącznie Zanim się pojawiłeś, także doświadczenie z jej twórczością mam raczej niewielkie, ale - i to chciałabym mocno podkreślić - ogromnie doceniam fakt, że jej powieści nie są jednotorowe. Że potrafi stworzyć zupełnie różne książki, nie zatracając w tym siebie, swojego stylu, lekkiego pióra i poczucia humoru.

piątek, 5 maja 2017

Evžen Boček i jego arystokracja

Te dwie niepozorne książeczki autorstwa Evžena Bočka, wywołały prawdziwą furorę na czeskim rynku wydawniczym. Niemal wszyscy, którzy je czytali twierdzą, że swą treścią bawią do łez. Niektórzy dodają, że w czasie czytania wręcz zwijali się ze śmiechu. Ja co prawda, ze śmiechu się nie zwijałam, płakać też nie płakałam, ale przyznaję - bardzo miło i całkiem wesoło spędziłam przy nich czas. Obie książki czytało mi się niezwykle lekko i przyjemnie. Polubiłam praktycznie wszystkich bohaterów, szczególnie zaś Franciszka Kostkę - czeskiego arystokratę oraz Józefa - kasztelana na zamku Kostka.

Wydawnictwo: Stara Szkoła
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 254

W pierwszym tomie poznajemy rodzinę Kostków: Franciszka, jego żonę Vivien i ich córkę - Marię, którzy po latach wracają z Ameryki do Czech - do kraju przodów, by zamieszkać w odzyskanej właśnie rodowej siedzibie, jaką jest zamek Kostka. Oczekiwania względem nowego życia - życia arystokratów mają wielkie. Zwłaszcza, że... nie śmierdzą groszem. Rzeczywistość jednak bardzo szybko sprowadza ich na ziemię. Ich nowy dom okazuje się mocno podupadający, a mieszkająca w nim trójka pracowników to dość ekscentryczni ludzie. Pani Cicha - kucharka i sprzątaczka, już od rana popija orzechówkę i dużo przeklina. Józef - kasztelan, nienawidzi muflonów (turystów) i pracy fizycznej. Pan Spock - łysiejący ogrodnik, jest niepoprawnym hipochondrykiem. Jak można przypuszczać, utrzymanie takiego zamku dużo kosztuje. Dla kogoś, kto nie ma pieniędzy jest to nie lada wyzwanie. Do pracy przecież Kostkowie nie pójdą. Lepiej więc zaprosić pracę do siebie, a właściwie to... turystów do zamku. Ale i to nie jest łatwe, zwłaszcza że na przeszkodzie stoi kasztelan, który fochem reaguje na każdą wzmiankę o turystach.


Wydawnictwo: Stara Szkoła
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 218

Drugi tom jest bezpośrednim rozwinięciem karkołomnych wysiłków, jakich podjęła się rodzina Kostków, aby utrzymać zamek, siebie i trójkę pracowników. Co prawda, ci ostatni nieszczególnie cieszą się na oprowadzanie emerytów i wycieczek szkolnych, jednak odpowiednie wynagrodzenie i prozak (w przypadku pana Spocka) bywają silnymi argumentami. Podobnie, jak w I tomie, tak i tutaj - kłopotom nie ma końca. Źle jest, gdy turystów jest zbyt mało, ale niedobrze też, kiedy jest ich zbyt dużo. Tym bardziej, że wielu z nich kradnie co popadnie, w szczególności... papier toaletowy. Do tego demolują zamek i zapychają toalety. To szczególnie mocno irytuje pana tego całego przybytku - hrabiego Franciszka, który w swym skąpstwie wznosi się na wyżyny.



-----------------------------

Obie książki napisane są w formie pamiętnika, ich autorką jest "nasza" hrabianka Maria Kostka, która z całej tej osobliwej gromady, zdaje się być najrozsądniejszą. Pozostali bohaterowie są mocno przerysowani. Każdy z nich ma specyficzne cechy, które czynią go postacią komiczną i niezwykłą - jedyną w swoim rodzaju. Zarówno Ostatnia arystokratka, jak i Arystokratka w ukropie obfitują w komiczne gagi oraz absurdalne sytuacje budzące politowanie i śmiech. Na szczęście Evžen Boček nie popadł w przesadę, dzięki czemu jego powieści czyta się z przyjemnością. Ani przez chwilę nie czujemy się znużeni czy przytłoczeni tym jakże charakterystycznym czeskim humorem. 

poniedziałek, 1 maja 2017

Izgubila sam se*

Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 320

Sięgając po Panią Einstein wiedziałam, że nie będzie to łatwa lektura. Stosunek Alberta do swej żony, nie był mi zupełnie obcy. Wiedziałam, że znęcał się nad nią psychicznie, a może nawet i fizycznie. Kiedyś na ten temat trochę czytałam, jednak wówczas były to dość lakoniczne informacje. Dopiero teraz, za sprawą tej książki, mogłam spojrzeć głębiej i dokładniej przyjrzeć się ich życiu i małżeństwie.

Pani Einstein to bazująca na historycznych faktach i fikcji literackiej opowieść o niezwykle inteligentnej i utalentowanej dziewczynie, która okazała się zbyt słaba i uległa, by walczyć o swoje marzenia. O swoje miejsce w historii. Dziś mogłaby być drugą Marią Skłodowską-Curie, a tak... jest jedynie zapomnianą żoną sławnego męża. Mało kto o niej słyszał, bo zniknęła zanim Albert zyskał wielką, międzynarodową sławę.

Kiedy poznajemy Milevę Marić jest ona młodą, ale bardzo samotną i zakompleksioną dziewczyną. Z powodu swojego niskiego wzrostu i charakterystycznego utykania, nie wierzy by kiedykolwiek znalazła sobie męża. Zresztą, jej rodzice są podobnego zdania i dlatego ojciec chce by całkowicie poświęciła się nauce. Zachęca ją do pójścia na uniwersytet. I tak też się dzieje, Mileva dociera tam, gdzie niewielu kobietom przed nią się to udało - na Uniwersytet w Zurychu, by studiować fizykę. Jest zdeterminowana, by pokazać wszystkim, że nie jest gorsza od innych studentów, że ma wiedzę, jest ambitna i chce się uczyć. Oczywiście, koledzy i wykładowcy, wcale jej tego nie ułatwiają:
Krytykowano obecność kobiety studentki jako nieodpowiednią, śmiano się z mojego kalectwa, komentowano złośliwie moją ciemną karnację i poważną minę. (s.71)
Wyjątkiem był Albert Einstein, który otwarcie podziwiał ją za jej inteligencję i ambicję. Wkrótce też się w niej zakochał. W pierwszym odruchu Mileva próbowała odrzucić tę miłość, tłumacząc sobie, że powinna skupić się na nauce. Uczucie jednak było silniejsze, niż się spodziewała i wkrótce to nie nauka, a miłość ją uskrzydliła. Pozwoliła uwierzyć, że możliwe jest połączenie uczuć z karierą naukową. Zresztą, sam Einstein obiecał jej, że ich związek, a później także i małżeństwo, oparte będą na partnerstwie. Że będą razem pracować, pisać artykuły naukowe, tworzyć nowe teorie i zdobywać za nie nagrody i uznanie. I początkowo tak też się działo. No, może poza tymi nagrodami i uznaniem, bo te - jeśli już - to przypadały Albertowi, nie Milevie. O jej wkładzie w jego prace, nikt lub prawie nikt nie wiedział, bo wszystkie artykuły, które razem mieli stworzyć, sygnowane były wyłącznie nazwiskiem jej męża. Także i ta najsłynniejsza - ogólna teoria względności, której powstanie Mileva przypisuje sobie (w książce). Z czasem jednak w ich małżeństwie przestaje się układać. Albert nie zaprasza już żony do wspólnych projektów, nie prosi jej o pomoc i wsparcie. Nie opowiada o swoich odkryciach i planach. Mileva przestała być dla niego partnerką naukową, zamiast tego została żoną. Tylko żoną. A później już tylko służącą.


Książkę czytało mi się rewelacyjnie! Wprost nie mogłam się od niej oderwać. Historia opisana przez Marie Benedict elektryzuje, wciąga, ale też... irytuje. Im dalej w las (że się tak kolokwialnie wypowiem) tym większy żal i współczucie odczuwałam do Milevy. Nie potrafiłam zrozumieć, jak kobieta, która tyle wycierpiała, aby wejść do świata nauki, tak bardzo zdominowanego przez mężczyzn, potrafiła tak łatwo z tego wszystkiego zrezygnować? Mało tego, jak ta kobieta mogła pozwolić zamknąć się w domu i sprowadzić się do roli gospodyni - poniżanej i pogardzanej gospodyni. Tak... wiem, że rola kury domowej jej nie odpowiadała. Była zazdrosna o pozycję męża. O jego rosnącą sławę. Ale co z tego, skoro nic z tym nie zrobiła? Ktoś powie, że to były inne czasy i kobiecie ciężko było sprzeciwić się mężowi i zasadom, które wówczas panowały. Ale czy takie tłumaczenie można zastosować w przypadku Milevy? Nie sądzę... przecież ona nie była, jak zwykłe kobiety. Ona wiedziała, jak walczyć o swoje plany i marzenia, co zresztą udowodniła dostając się na uniwersytet w Zurychu.

Sam Albert początkowo zdobył moją sympatię. To, jak starał się o uczucie Milevy, było nawet urocze. Z czasem jednak na jego wizerunku zaczęły pojawiać się rysy. Wraz ze wzrostem popularności, jego zachowanie stawało się coraz bardziej niewiarygodne. On stawał się znanym fizykiem, a jego żona... tylko żoną. Zamknął Milevę w domu, zdradzał ją i poniżał. Traktował, jak kogoś znacznie gorszego od siebie. Często też znikał na kilka dni, a kiedy w końcu wracał, nie zamierzał się tłumaczyć. Po jednej z takich nieobecności, wręczył Milevie kartkę zawierającą warunki, jakie ona musi spełnić, jeśli chce, aby on nadal z nią mieszkał. Aż trudno uwierzyć, co on tam nabazgrolił:
Miałam przed oczami listę obowiązków wobec Alberta: miałam prać, przygotowywać posiłki i przynosić mu je do pokoju, sprzątać w jego sypialni i gabinecie z wyłączeniem biurka, którego nie wolno mi było dotykać. Jeszcze bardziej szokująca była lista wymogów wobec mnie w naszych osobistych relacjach. Żądał, bym nie wchodziła z nim w domu w żadne interakcje, zamierzał kontrolować, gdzie i kiedy będę z nim rozmawiać i co wolno mi do niego powiedzieć w obecności dzieci. Szczególnie podkreślał, bym powstrzymywała się od jakiejkolwiek cielesnej intymności. (s.348-349)
----------------
Ponoć, wiele lat po rozwodzie Albert miał wyznać, że ożenił się z Milevą tylko dlatego, że było mu jej żal. Jego zdaniem, nikt inny nie zechciałby tej brzydkiej i kulawej dziewczyny.

Swoją drogą, życie Milevy po rozwodzie z Albertem również do łatwych nie należało. Miała smutne życie.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z wikipedii
*Tytuł recenzji jest cytatem z książki, a oznacza - zgubiłam się